Pieczareczki Wy moje!


Grzyby z rodzaju Agaricus to saprotrofy wytwarzające owocniki z mięsistymi kapeluszami o suchej, nagiej lub łuskowatej powierzchni i blaszkowym hymenoforze. Blaszki u młodych owocników różowe, po dojrzeniu brązowe, nie przyrośnięte do trzonu, o regularnej tramie. Na trzonach u wielu gatunków znajduje się przyrośnięty pierścień. Zarodniki (…) są okrągławe lub eliptyczne, gładkie, pozbawione pory rostkowej, a ich wysyp jest barwy brązowej.


Tak mówi o nich Wikipedia. Dla niektórych są, wyhodowanym na cuchnącym oborniku, marnym substytutem swoich leśnych koleżków – prawdziwków, koźlaków itd. Dla innych – nieodzownym elementem kulinarnych szaleństw.

Ja nie należę ani do jednych, ani do drugich. Aczkolwiek uważam, że o pieczarkach pamiętać naprawdę warto. I dowodów na to szukać należy nie tylko w kuchni!

Przypomina nam o tym nie byle kto, bo sam „porucznik milicji obywatelskie magister Sławomir Borewicz”. Człowiek, przez którego jednoosobową kanapę przetoczył się tłum kobiet zdolny zapełnić sporą powierzchnię Chin. Postać, która w czasach, gdy woda mineralna „Grodziska” była wyśnionym luksusem, posiadał w maleńkiej lodóweczce gigantyczny zapas prawdziwej pepsi i tonicu przez „c”. Otóż właśnie ten superbohater zapytał kiedyś swoim męskim, poruczniczym głosem piękną i pięknie odzianą nieznajomą (podejrzewając, że źródłem jej dochodu nie jest z pewnością praca na tzw. „państwowym”):

  • Butik czy pieczarki?
  • Pieczarki! – odpowiedziała piękna.

To jedno zdanie, złożone z jednego tylko słowa, mówiło więcej, niż współczesne wielostronnicowe CV wysyłane do międzynarodowych korporacji. Mówiło: jestem kimś, mam kasę, a na wczasy mogę pojechać nawet do Bułgarii. Pieczarkarnie była w ówczesnej Polsce takimi małymi odpowiednikami amerykańskiej Krzemowej Doliny. Bo one, a tak naprawdę mały, rosnący na śmierdzącym podłożu grzybek, dawały początek wielkim, żyjącym do dziś fortunom! Zresztą – polecam dokładną analizę listy najbogatszych Polaków. Nawet tam znajdziecie ludzi o pieczarkowych korzeniach.

 Muszę przyznać się do małej słabości. Być może niektórzy stwierdzą nawet, że wcale nie jest mała i  wezmą mnie za wariata… Otóż żenująca prawda jest taka, że nic mnie tak w życiu nie uspokaja, jak obieranie pieczarek. Może mnie trafiać najgorszy szlag. Mogą mnie brać wszyscy diabli. A wystarczy kilka chwil obierania i staję się spokojny jak twarz Waldemara Pawlaka i opanowany w równym stopniu, co język angielski przez Donalda Tuska. O czym z odrobiną wstydu zawiadamiam, życząc jednocześnie smacznego.

 PS.

Tytuł dzisiejszego wywodu jest nawiązaniem do jednego ze wspaniałych skeczy (albo skeczów – ni cholery nie wiem) Kabaretu Moralnego Niepokoju, w którym to Katarzyna Pakosińska mówi z czułością do Rafała Zbiecia: „moja ty pieczareczko wyhodowana na tym klasowym oborniku”. Uwielbiam!

Aha! Jeszcze jedno. Smok Wawelski żył w pieczarze. No!

Share This
Close