Moje pierwsze doświadczenie związane z Azją to chyba fascynacja… postacią doktora Paj – Chi – Wo z „Akademii Pana Kleksa”. Nie wiem dlaczego, ale strasznie mi się ten gość podobał. Wyglądał tak dziwnie i śpiewał piosenkę, która w zakamarkach mojej głowy krąży do dziś: Sian, sian, o sian hua… Trochę podrabiany był ten doktor. Ale jak na potrzeby kilkuletniego dziecka azjatyckości miał aż w nadmiarze.

Ta obojętność na niedosyt azjatyckości w życiu pozostała mi do dziś. Także w kuchni. Owszem, lubię od czasu do czasu zjeść coś o mocnym, orientalnym smaku. Odwiedzam restauracje prowadzone przez Hindusów, Wietnamczyków, sporadycznie zajrzę do baru sushi. Ale czynię to nieregularnie, nie czując zbyt mocno wschodniego wiatru w żaglach. Zdarza mi się jednak z pewną regularnością gotować pseudochińszczyznę w domu. Powodów jest kilka. Najważniejszy z nich to czas. Różne wersje dania, które przyrządzam, nie wymagają długich przygotowań. Wynika to między innymi z faktu, że zazwyczaj do zrobienia potrawy w moim prawdziwym, kutym, przywiezionym z dalekiej Azji woku (tak, chwalę się, tak mam!) używam między innymi gotowych, mrożonych zestawów warzyw. Tak było i dziś, gdy postanowiłem machnąć szybki makaron chow mein z kurczakiem i warzywami. A sięgnąłem po Warzywa na patelnię/Po chińsku lidlowej marki Chira. I spotkało mnie bardzo miłe zaskoczenie.

Zestaw składa się z marchwi, papryki, cebuli pora, ale także z ,nadających mieszance azjatyckiego charakteru, kiełków fasoli mung, pędów bambusa i grzybów mun. Ze zdziwieniem zauważyłem, że tych ostatnich, „dalekowschodnich” składników jest naprawdę sporo. Proporcjonalnie na pewno więcej, niż w podobnej mieszance konkurencji, np. Bonduelle, gdzie rządzi marchewka, a która przy okazji jest o wiele, o wiele droższa. Zresztą, do ceny jeszcze wrócę.

Warzywa, mimo głębokiego mrożenia, po podgrzaniu na mocno rozgrzanym oleju nabrały sympatycznej chrupkości, ich smaki stały się również wyraźnie wyczuwalne. Podoba mi się również wielkość kawałków. Nie są to minisłupeczki, powstałe w wyniku skrupulatnego rozczłonkowania przez szczegularskie roboty. W opakowaniu dostajemy spore kawałki, które po wrzuceniu na patelnię lub do gara nie poddają się i nie giną otoczone przez inne składniki. Przeciwnie, bohatersko przekazują daniu charakter warzywa, którym przed posiekaniem były.

Wspomniałem już wcześniej o cenie. Nie bez przyczyny. Bo wynosi ona 2,59 zł (słownie: dwa złote pięćdziesiąt dziewięć groszy). Jak na tego typu produkt jest to po prostu cena znakomita.

Podsumowując: jeśli chcesz wybrać się na skróty do Azji, za naprawdę niewielkie pieniądze, niech stacją przesiadkowa będzie najbliższy Lidl, a nietypowym wehikułem Warzywa na patelnię/Po chińsku Chira. Polecam! A doktorowi Paj – Chi – Wo też by pewnie smakowały.

Sian, sian, o sian hua!

Share This
Close