Babcia

Babcia nie jest słownikowym czy encyklopedycznym hasłem. Babcia nie ma definicji. Nie, przepraszam, ma! Bardzo krótką: babcia to babcia. Gdybym jednak, zmuszony jakąś niewyobrażalną siłą, chciał opracować solidny opis, powinienem dokonać połączenia znaczeń wielu, niekiedy mocno oddalonych od siebie wyrazów. Miłość, doświadczenie, mądrość, oddanie, ciepło, pomoc… To chyba tak bardzo ogólnie. A w przypadku moich skojarzeń dodam jeszcze: humor, przygody, wakacje, ferie, jedzenie, prezenty. Mogę tak wymieniać bardzo długo. Dlatego, że wspomnień związanych z babciami mam naprawdę wiele. Chyba nawet więcej, niż statystyczny wnuk. A to dlatego, że miałem… trzy babcie! Dwie „przepisowe”, tradycyjne jak kurpiowskie przyśpiewki oraz jedną tzw. „przyszywaną”. I właśnie o Niej najpierw.

Babcia Bolesława, nazywana przez wszystkich Babcią Bolą. To typ babci „odwrotnie proporcjonalnej”. Jej serce i fantazja były odwrotnie proporcjonalne do wzrostu. A tego nie miała w nadmiarze. Babcia Bola pochodziła z Zawoi. Góralka. Co oznacza, że bywała uparta, walczyła o swoje i miała pokłady dumy większe niż toruńskie zasoby geotermalne. Pojawiła się moim życiu, kiedy miałem kilka miesięcy. Pełniła mojej opiekunki, niani. I robiła to przez wiele lat. Nawet gdy byłem już wyrośnięto – zarośniętym licealistą, przychodziła do naszego domu co jakiś czas. Działo się tak, ponieważ z poziomu zawodowego, z relacji pracodawca – pracownik, układ z Babcią Bolą zmienił się w typowo rodzinny. Była przez nas traktowana jak jedna z najbliższych osób. I chyba tak samo traktowała nas. Babcia, oprócz przytulania, śpiewania średnio przyzwoitych piosenek, puszczania płyt z utworami Kapeli Czerniakowskiej i czytania na głos powieści Aleksandra Dumas, gotowała. I to jeszcze jak!

Babcia była mistrzynią placków ziemniaczanych. Gdyby gdzieś w świecie odbywała się plackowa olimpiada, a Polska miała swoją plackową reprezentację, to Bola mogłaby być trenerem tej reprezentacji. Bo była plackowym Stephanem Antiguą, Adamem Nawałką i Kazimierzem Górskim w jednym. Placki ziemniaczane, pozornie prosta, jak logika Kargula, potrawa. Jednak odpowiednio przyrządzona podbija podniebienie i serce każdego smakosza. Babcia wiedziała, je przyrządzić, Miała swoje triki, szczególiki, patenty. Na przykład ten, że ziemniaki na placki tarła tyko ręcznie. Mimo wyposażenia naszej kuchni w maszyny, machiny, roboty, Babcia przy ich przygotowywaniu sięgała po klasyczną stalową tarkę. Kolejna sprawa to dobór ziemniaków. Nie z każdych, według Babci, placki można przygotować. I  mimo faktu, że „w tamtych czasach” wybór produktów , w tym ziemniaków, jak i innych produktów, był skromny, jak wypłata hipermarketowej kasjerki – stażystki, to Babcia przyjmowała prostą, ale twardą zasadę: albo się nadają i robimy, albo się nie nadają i przerabiamy je na coś innego. Pamiętam również, że doprawiając to kulinarne cudo Babcia wykorzystywała tylko i wyłącznie świeżo mielonego pieprzu. Na ścianie kuchni moich rodziców do dziś wisi przedwojenny, żarnowy młynek do mielenia pieprzu. Stale jest używany. I być może wystawię się na pośmiewisko, ale jestem przekonany, że to jakiś magiczny artefakt rodem z kulinarnego Hoghwartu. Zmielony w nim pieprz jest niezwykle intensywny i aromatyczny, a używanie innego to przy nim zwykłe pieprzenie. Doskonale wiedziała o tym Babcia Bola, doprawiając swoje placki. Placki, które są niedoścignione, niezapomniane i zawsze będą mi przypominać o mojej prywatnej Superniani.

Facebook

Reklama nas karmi

Instagram

Something is wrong. Response takes too long or there is JS error. Press Ctrl+Shift+J or Cmd+Shift+J on a Mac.

Smakademia jest w:

Durszlak.pl mytastepol.com

Zapiekanka ziemniaczana Babci Ireny

ziemniakiSKŁADNIKI
Ziemniaki / Dobra kiełbasa / Kiszone ogórki / Jajka / Cebula / Śmietana 30% / Sól, pieprz, majeranek

SPOSÓB PRZYGOTOWANIA
Ziemniaki obieramy i kroimy na plasterki. Potem na kilka minut wrzucamy do posolonej, wrzącej wody i chwilę gotujemy. Powinny pozostać kruche. / Kiełbasę kroimy na półplasterki i podsmażamy z cebulą. / Kiszone ogórki obieramy ze skóry i kroimy na półplasterki. / Jajka gotujemy na twardo, następnie obieramy i kroimy. / Wszystkie składniki mieszamy, doprawiamy solą, pieprzem i majerankiem. Całość zalewamy sporą ilością śmietany. / Zapiekamy przez ok. godzinę w piekarniku nagrzanym do 190 – 200 stopni.

Babcia Franciszka. Pochodzi ze Stojańców. Niewielkiej miejscowości leżącej teraz na Ukrainie. A mieszka w Lubinie. Mieście, które jest sercem miedziowego zagłębia. Babcia Franciszka była przez lata niewielką komórką, przyczyniającą się do bicia tego serca. Otóż w jednej z podlubińskich kopalń wykonywała szalenie odpowiedziane zadanie: obsługiwała windę, którą górnicy zjeżdżali pod ziemię i stamtąd wyjeżdżali.

Kiedy byłem mały (znacznie mniejszy niż teraz) Babcia odwiedzała nas czasami, przyjeżdżając z Lubina autobusem via Wrocław. W swojej torbie zawsze miała dla mnie jakąś kulinarną drobną niespodziankę. Była to zazwyczaj czekolada, pomarańcza, mandarynka. Nie ukrywam – gdy tylko Babcia pojawiała się w drzwiach, od razu zaczynałem zastanawiać się, co ty razem czeka na mnie w zakamarkach Jej torby. Kolejne wspomnienie związane z Babcią i wizytami w naszym domu, to śpiewane przez Nią piosenki. Nie pamiętam konkretnych utworów, ale przypominam sobie, że Babcia miała w repertuarze cały zestaw ludowych przyśpiewek, które czasami prezentowała. Piekielnie mi się to podobało.

Kuliarne skojarzenia z Babcią Franciszką? Oczywiste, jak intencje każdego polityka. Na pierwszym miejscu gołąbki z farszem ziemniaczanym. Starte ziemniaki ze skwarkami, niewielki dodatkiem jęczmiennej kaszy, cebuli i przypraw, zawinięte w kapuściane liście. Jest to jeden z fundamentów kulinarnego babcinego kanonu. Gdyby pewnego dnia te gołąbki zniknęły z babcinego menu, doszłoby do katastrofy, przy której uderzenie meteorytu w Ziemię jest żartem słabszym, niż najmarniejszy dowcip Benny Hilla.

Punkt drugi na „Franciszkowej liście”: pierogi z kaszą gryczaną, słodką kapustą i białym serem. Cudo! Przy tym daniu Gordon Ramsay ze swoim Wellingtonem może Babci co najwyżej windę szorować. Niezwykły miks smaków poszczególnych składników zamknięty szczelnie w dużej porcji cienkiego, pierogowego ciasta. Dużej, bo te pierogi babcia robi zazwyczaj w ponadstandardowej wielkości. Mocno doprawione pieprzem, co stanowi fantastyczną kontrę dla delikatnie słodkiej kapusty. Ser, poza walorami smakowymi, wnosi coś jeszcze – jest spoiwem farszu. Natomiast kasza, odpowiednio, bo nie za bardzo ugotowana jest tu podstawą. I dostarcza radości nie tylko smakiem, ale także teksturą. Każde ziarenko, kapitulując pod naporem zębów, strzela uwalniając to, co ma w środku najlepsze.

Na najniższym stopniu podium (choć wszystkie trzy przywoływane potrawy mogą się śmiało miejscami wymieniać) sałatka wielkanocna. Smakowity świąteczny prezent dla mięsożerców. Potrawa tak napakowana wędlinami, że na sam widok jej receptury wegańscy działacze gotowi w ramach protestu zainscenizować zbiorowy gwałt na golonce przebrani za świnie pogrążone w depresji. A jeśli chodzi o skład, to mamy gotowaną szynkę, suchą kiełbasę, jajka na twardo, tarty chrzan, sól, pieprz i ocet. Z tym, że szynka i kiełbasa powinny stanowić znaczącą większość. Na przekór przedziwnej recepturze to danie ma bardzo ciekawy smak. Warunkiem są jednak: ekstremalna dbałość o jakość dodanych wędlin, odpowiednia ilość chrzanu i octu oraz gatunek tego ostatniego. Nie może to być zwykły ocet spirytusowy. Najlepszy będzie ocet winny.

Kulinarne wspomnienia zaszczepiła gdzieś głęboko we mnie Babcia Irena. Kiedy byłem dzieckiem odwiedzałem ją w czasie wakacji i ferii w Zabrzu. Tam właśnie mieszkała, choć naprawdę sporą część roku spędzała u nas w domu. Pobyty w Zabrzu wywołują u mnie mocno gastronomiczne wspomnienia. Tam właśnie objadałem się cienkimi parówkami z musztardą, której słodkawy smak pamiętam do dziś. Tam codziennie rano wcinałem niewielkie, chrupiące kajzerki. Przy okazji obiadów bardzo często pojawiał się, robiony przez babcię, truskawkowy kompot z ogromną ilością owoców. Z Zabrzem będzie mi się kojarzyć Pepsi Cola, która gdzie indziej była rarytasem, a tam stała na półce prawie w każdym warzywniaku. Moja Babcia nie była Ślązaczką. Jednak jej sąsiadki miały śląskie korzenie. Dlatego miałem możliwość poznania niektórych tamtejszych zwyczajów. Pamiętam, że prawie codziennie sąsiadki spotykały się popołudniami „na kawie”. Taki śląski five o’clock. Nieodłącznym dodatkiem były domowe ciasta. Zawsze bardzo słodkie, zwykle przekładane tłustymi, chyba margarynowymi kremami.

Babcia Irena

Babcia Irena

Jak wspomniałem Babcia, chociaż mieszkała w Zabrzu, nie pochodziła z Górnego Śląska. Była Wielkopolanką, a urodziła się w Pyzdrach. Miało to bez wątpienia wpływ na Jej, a w konsekwencji też moje, preferencje kulinarne. Jedną z „pozostałości po babci” w moim menu są pyry z gzikiem.  Mieszkańcy Poznania i okolic wiedzą, że chodzi o gotowane ziemniaki podawane z białym serem, do którego dodajemy szczypior bądź drobno posiekaną cebulkę.

Babcia Bola była geniuszem placków. Babcia Franciszka nie ma sobie równych, jeśli chodzi o kuchnię kresową. A Babcia Irena była po prostu najlepsza, jeśli chodzi o ruskie pierogi. Tak, wiem, każda babcia jest dla swojego wnuka mistrzynią ruskich. Jednak te Babci Ireny były naprawdę niezrównane. Po prostu genialne. Gdyby ruskie pierogi postawiono na równi z arcydziełami malarstwa, to te babcine, wisiałyby w Luwrze obok Mona Lisy, a każdy japoński turysta selfie z nimi wrzucałby na honorowe miejsce na Instagramie. Cienkie jak przeciętna emerytura, ale sprężyste i wytrzymałe niczym obładowany Szerpa ciasto. Perfekcyjnie doprawiony farsz. Okrągły, lekko pulchny kształty. Do tych pierogów inne pierogi powinny mówić per „szefie”! Ale zapamiętam je do końca życia nie tylko ze względu na smak. Bo Babcia miała dwa przedziwne zwyczaje związane z robieniem pierogów. Po pierwsze: zawsze zaczynała je przygotowywać, zanim pozostali domownicy wstali. W dniu lepienia pojawiała się w kuchni przed piąta rano. Twierdziła, że potrzebuje mnóstwa czasu, że jeśli nie zacznie tak szybko, to może nie zdążyć przed obiadem. Bzdura! Bo pierogi zazwyczaj były gotowe już ok. 8, 9 rano. Chodziło o to, że Babcia znosiła, kiedy wyjadałem czekający na zapakowanie do ciasta farsz. A ja to ubóstwiałem! Byłem nie do upilnowania i nie do zatrzymania jak modowa blogerka po podwyżce wpuszczona do galerii handlowej podczas wyprzedaży. Wykorzystywałem każdą okazję, by dorwać się do gara z farszem i wyjeść jak największa porcję. A babcia przeganiała mnie z uporem i miną egzorcysty.

Drugim zwyczajem towarzyszącym pierogowej procedurze było liczenie. Co chwilę Babcia liczyła pierogi. Zawsze robiła to na głos. I zawsze informowała z dumą w głosie, że jest już sto, sto trzydzieści, sto pięćdziesiąt… Chyba poniżej stu pięćdziesięciu Babcia nigdy nie schodziła. W sumie do dziś nie wiem, po co pierogi były liczone. Może licząc pierogi babcia od razu liczyła, że będą wszystkim smakowały. Jeśli tak – nigdy się nie zawiodła. Zawsze były pyszne!

Idźmy dalej. Makowiec. Drożdżowe, pachnące ciasto z nadzieniem z kilkukrotnie mielonego maku, zwinięte w zgrabny rulonik. To wspomnienie bezwzględnie kojarzy mi się z Babcią Ireną i Bożym Narodzeniem. Makowce Babcia też zawsze przygotowywała od bladego świtu. I to mimo faktu, że nie miałem co wyżerać, jak w przypadku pierogów. Przed świętami Babcia stawała się prawdziwą fabryką makowców. Działo się tak, ponieważ były znakomite, a to z kolei sprawiało, że „zamawiała” je nasza rodzina oraz znajomi. Więc na Babcię spadał zawsze obowiązek upieczenia kilkunastu ciast. Ale Babcia, twarda jak biceps Pudziana i niezłomna niczym scenarzysta „Klanu”, bez problemu wyciągała co jakiś czas z piekarnika kolejne egzemplarze.

Smak mojego dzieciństwa, a przez to pewnie i reszty życia, ukształtowały babcie. Przynajmniej w jakimś stopniu. Do dziś chętnie pyry z gzikiem sam przyrządzam. W każdą Wielkanoc pojawia się na stole, przygotowywana teraz przez mojego tatę (choć Babcia Franciszka ma się wciąż świetnie), sałatka z szynką. Ziemniaczane placki to nadal jedno z moich ulubionych dań. A wszystko przez babcie. Nie, przepraszam, dzięki babciom. O! Właśnie! To jest odpowiednie słowo. Dzięki. Kochane Babcie! Dzięki! Wielkie dzięki! Bez Was moje życie nie byłoby tak pyszne!

Tagi:

Zerknij na podobne wpisy

Share This
Close