Niektórzy dla zabawy męczą się biegając w ultramaratonach. Inni hobbystycznie startują w triatlonach w deszczu. Są tacy,  co dla poprawy nastroju dźwigają ogromne ciężary. Ja, od czasu do czasu, w ramach ekstremalnej rozrywki kupuję sobie „jedzeniowe hardcore’y”. Z premedytacją sięgam po różnego rodzaju spożywcze wynalazki, starając się zrozumieć, po co i dlaczego ktoś to produkuje. Ale czy tylko taki jest cel tych kulinarnych… wybryków? Czy w powtarzających się co jakiś czas doświadczeniach z produktami o dziwnym składzie i wątpliwym smaku kryje się coś jeszcze?

Nadszedł czas na wyjawienie mojej wielkiej tajemnicy. Moi mili! Jestem kulinarnym perwersem. A konkretnie – kulinarnym masochistą. Ja po prostu lubię niekiedy wciągnąć kilka plasterków mielonki albo porcyjkę jakiegoś zapuszkowanego „czegoś”. Sprawia mi radość rozsmarowanie na kawałku chleba nieskromnej porcji pasztetowej, która z mięsem ma tyle wspólnego, co ekoweganin przykuwający się łańcuchem do ostatniego, żywego motyla na trasie nowo planowanej obwodnicy. Lubię to i już! Pewnie ta niebezpieczna, zboczona wręcz miłość, narodziła się w moim dzieciństwie, gdy podczas wakacyjnych wyjazdów z radością jadałem gulasz angielski i mielonkę turystyczną. Gdy będąc pacholęciem odkrywałem smaki nibyserów (w tym legendarnego Salami) i paraparówek.

Słabość do takich dziwolągów pozostała mi do dziś. I właśnie parę dni temu miała się po raz kolejny objawić. Nie spodziewałem się jednak, że tym razem skutki namiętności będą fatalne. Podczas wizyty w Tesco zauważyłem leżące na najniższej półce chłodziarki opakowanie wypełnione kilkoma rodzajami okrągłych plasterków. Jego nijakość przykuła moją uwagę. Zainteresowałem się jeszcze bardziej, gdy dostrzegłem obok cenę. 2,99! Łoooo! Poczułem się prawie jak erotoman z długotrwałą amnezją, który zapomniał, co mu dolega, a przechodząc obok domu publicznego nagle odzyskał pamięć.

Po powrocie do domu od razu postanowiłem sprawdzić, czym mnie zaskoczy firma Balcerzak. Najpierw plasterek mielonki. Potem mozaika szynkowa, a na koniec kiełbasa piwna. Myślałem, że kulinarnie przeżyłem już dużo. Myślałem, że smakowo niewiele jest mnie w stanie zdziwić. Jednak Zestaw kanapkowy Balcerzak mnie powalił. Doświadczenie podpowiadało mi, w którą stronę mogą zmierzać smaki tego wynalazku. Jednak już po kilku gryzach okazało się, że byłem w błędzie. Mielonka nie zrobiła na mnie większego wrażenia. Powiem więcej – mniej więcej tego się spodziewałem. Jednak mozaika, a potem kiełbasa piwna były w tej smakowo – erotycznej opowieści zwrotami akcji bardziej zaskakującymi, niż informacja, że pierwowzorem Greya z „50 twarzy” jest Andrzej Poniedzielski. To, co poczułem nie było czułym i miłym dla masochisty, okładaniem bacikiem. Znalazłem się w jednym, ciasnym pomieszczeniu z nieokrzesaną wędlinową dominą, która zaczęła mnie bezlitośnie naparzać  i torturować w sposób, o którym dotychczas nie miałem pojęcia. Waliła mnie na oślep i na odlew, bez umiaru i bez opamiętania. Na szczęście w porę się opanowałem i przerwałem moją mękę, zamykając opakowanie. Niestety, było za późno, by o tym niebezpiecznym związku powiedzieć „vędlinum non consumatum”.

Cóż, sam jestem sobie winien. Sam tego chciałem. Sam wyciągnąłem do Zestawu kanapkowego rękę i zaciągnąłem go do domu. A przecież widziałem sygnały ostrzegawcze: cenę, wygląd tego cuda. No i skład, do którego wystarczy dodać zaledwie kilka dialogów, by otrzymać nowy horror Stephena Kinga. Czy wyciągnąłem z tej bolesnej lekcji jakieś wnioski? Powinienem. Niestety, gdy dziś przechadzałem się po Aldiku poczułem na sobie zalotne spojrzenie pewnej tłuściutkiej, różowej mielonki. Od kilku godzin czeka na mnie w lodówce. Oj, czuję, że znów będzie bolało.

Share This
Close