Ostatnio, przy okazji przygotowywania kuskusu, wspominałem spotkania z wujem Edmundem, który przez jakiś czas pracowął w dalekich, arabskich krajach.

I jakoś tak się złożyło, zupełnym przypadkiem, że kuchnia arabska znów się pojawia. Nie będę się za bardzo rozpisywał i przynudzał. Powiem tylko, że to, co przygotowałem jest punktem obowiązkowym internetowych blogów kulinarnych. A jeśli to nie punkt obowiązkowy, to przynajmniej element, który się naprawdę często pojawia. Czas na falafele.

CO BĘDZIE POTRZEBNE

Ciecierzyca / cebula / czosnek / kolendra / pietruszka (natka) / kumin / mielony kardamon / pieprz / sól / ostra i słodka papryka / suszona mięta / soda oczyszczona / olej, dużo oleju

  1. Ciecierzycę moczę w dużej ilości wody przez całą noc i kawałek dnia
  2. Czosnek piekę, cebulę smażę pokrojoną w duże kawałki (zazwyczaj czosnek i cebula są w przepisach surowe, według mnie podpieczone, podsmażone ają więcej smaku)
  3. Ciecierzycę odsączam, rozdrabniam w blenderze razem z pietruszką, kolendrą, cebulą i czosnkiem.
  4. Dodaje wszystkie przyprawy, dokładnie mieszam. Odstawiam na kilkanaście minut.
  5. Formuję średniej wielkości kulki, smażę na głębokim, mocno rozgrzanym oleju.
  6. Tym razem z pieczoną papryką i pomidorami.

Koniec świata. Ja, od dziecka zaliczający kotlety mielone do grona najbliższych przyjaciół, człowiek, który zamiast „Mony Lisy” na ścianie powiesiłby plaster parmeńskiej szynki, zdjąłem ze sklepowej półki opakowanie ciecierzycy i wrzuciłem ją do koszyka. A potem, o zgrozo, za nią zapłaciłem i, co najgorsze, przerobiłem na wegetariańskie danie. Ale… było warto. To kolejny dowód na to, że świat się ciągle zmienia. Jednak są pewne granice. Kiedy na tym blogu napiszę, że przygotowałem sojowe kotlety, albo że posmakowało mi tofu, wezwijcie, proszę, lekarza. Natychmiast!

Share This
Close