lazanki_jedrusNadszedł czas na szokujące wyznanie. Jestem gastroperwersem. A konkretnie, kulinarnym masochistą. Robiąc zakupy ściągam ze sklepowych półek produkty, które gwarantują maksimum dramatycznych doznań i tortur dla kubków smakowych. Wiem, że to co wkładam do koszyka i z czym mknę do kasy, to najwyższej próby cholerstwo, które wywoła w żołądku szok porównywalny jedynie ze stanem osiągniętym po zobaczeniu Donalda Trumpa opitolonego na kompletną pałę. Szokowi temu towarzyszy cały zestaw psychicznych udręk, objawiających się bezgłośnym westchnieniem: „nigdy więcej… jak paczamamę kocham, to ostatni raz…”, a nawet boleśnie szczery „ja chyba ochujałem”. I mimo tych wielu rodzajów fizyczno – psychicznej mordęgi i nauczek danych przez wszystkich kuchennych bogów, co jakiś czas biorę kolejny wynalazek do domu, żeby w ramach jego konsumpcji cierpieć. I bynajmniej, nie za miliony. W przypadku testowanych łazanek cierpiałem za niecałe 10 złotych.

Niejeden tekst w życiu napisałem, niejedno zdanie złożyłem, ale teraz brakowało mi trochę słów, żeby jakoś obrazowo opisać łazanki, co to je Jędruś w przypływie kulinarnego rozpędu ludzkości zafundował. Z pomocą przyszedł mi pewien kanał z programami dokumentalnymi, na którym emitowano właśnie film o kanibalach, czyli osobnikach, którzy do swoich słowników wpisali dość specyficzną definicję określenia „dobry człowiek”.

Gdybym był kanibalem, po zjedzeniu tych łazanek doszedłbym do wniosku, że właśnie pożarłem starego, nieumytego hipisa z nadwagą, w dodatku chorującego na nadkwasotę. Całość podgrzanego dania była szalenie tłusta. Zdecydowanie za bardzo. Tłuszcz sprawiał, że nawet w miarę przyzwoicie ugotowany makaron lepił się, tworząc na talerzu ciapowaty twór o wyglądzie i konsystencji, które jest w stanie opisać jedynie bardzo utalentowany autor powieści fantasy. Gdzieś wewnątrz tej masy wiły się kapuściane fragmenty, które przypominały zbyt długie, niezadbane i lepiące się wyczeski podstarzałego gościa, przeżywającego swoją młodość wiele lat temu na antywojennych manifestacjach. Sprawiedliwie muszę jednak przyznać, że łazanki miały swój wyraźny charakter. Niestety, jak wiadomo nie zawsze charakter jest dobry. Tym razem był taki, że wykrzywiło mnie jak cyrkową kobietę – gumę. Kwas zaatakował moje podniebienie, język i okolice z natarczywością wyposzczonego Wikinga, który po wielu miesiącach rejsu dojrzał na lądzie seksowną barbarzynkę odzianą w strój uszyty ze skóry jednego, niewyrośniętego świstaka. To przykre doznanie zagłuszyło wszystkie inne przykre doznani związane z łazankami i z kwaśną miną postanowiłem zakończyć tę przygodę.

Ciekawostkę odkryłem w składzie produktu. Nie, nie chodzi o informacje, że wśród ingrediencji mogą znajdować się ryby. Zainteresował mnie fakt pojawienia się na liście grzybów mun. Ot taka dalekowschodnia niespodziana w swojskim, tradycyjnym daniu. Długo zastanawiałem się po co producent je dorzucił. Może chodzi o pozyskanie nowych klientów, rekrutujących się z mniejszości wietnamskiej? A może osoba tworząca recepturę jest miłośnikiem Pink Floyd i dlatego stworzyła Dark side of the mun?

Nieważne! Wiem tylko, że jeśli kiedyś, w ramach reinkarnacji bądź innych zabiegów wszechświata odrodzę się jako kanibal, hipisa na 100% nie tknę.

Cena: niecałe 10zł za kilogram.

Share This
Close