prochowickiZ czasów dzieciństwa pamiętam wiele książek, filmów, trochę telewizyjnych programów. Nie wiem, dlaczego, ale w tych wspomnieniach dość mocno przewijają się wątki związane z kosmosem. Pamiętam, że uwielbiałem „Przybyszów z Matplanety” (słynni Pi i Sigma). Wiele razy wracałem do „Małego Księcia”. Tam wątki międzyplanetarne też są obecne. A wielkie zamieszanie w mojej głowie zrobił „E.T.”. Ta niezwykła opowieść o pokracznym ludku, wyposażonym w świecący paluch, do dziś należy do moich ulubionych filmów. W zakamarkach mojej głowy jest również dużo miejsca dla wspomnień o produktach spożywczych. Jednym z nich jest, produkowany od naprawdę wielu lat (jak sama nazwa wskazuje – w Dębicy), Pasztet Prochowicki. A czy ten pasztet ma coś wspólnego z kosmosem? Otóż ma. I to wiele!

Po pierwsze: wygląd. Jest to nieziemskie połączenie listopadowych, leśnych brązów (z lasów podmokłych, wyścielonych przegnitymi liśćmi, dotkniętych plagą gorszą, niż hordy korników) i komunistycznej szarości. Takiej, jaką we współczesnym świecie można znaleźć tylko na głębokiej prowincji w Korei Północnej. Po otwarciu opakowania ukazuje nam się dotknięta tym właśnie, nieokreślonym kolorem, powierzchnia. Jednak ciekawiej robi się, kiedy wbijemy w nią nóż i z głębi opakowania wydłubiemy porcję. Staje nam przed oczami coś, co przypomina przekrojony, przedziwny galaktyczny twór, urozmaicony nierównymi otworkami. Gdyby hollywoodzcy scenografowie mieli odwagę, a przede wszystkim dostęp do nieograniczonych zasobów Pasztetu Prochowickiego, to z pewnością wykorzystaliby go do dawania upustu swojej filmowej fantazji. Sprawnie uformowany, i w odpowiedniej ilości, może bez problemu zagrać planetę, z której pochodzą obcy. Ba, spokojnie nawet może zagrać tych obcych. Wystarczy obłożyć jakiegoś, chcącego zrobić karierę, aktora i wypuścić przed kamerę. Oscar murowany. Przynajmniej w kategorii „charakteryzacja”.

A teraz to, co w pasztecie najważniejsze: smak. Potrzebna jest moc chyba wszystkich laboratoriów NASA, żeby coś równie kosmicznego wykombinować. Przecież z takiej ilości najróżniejszych składników można zbudować samodzielny ekosystem zdolny skolonizować dowolną galaktykę. A tu twórcom udało się wyprodukować coś, co prawie nie smakuje. Natężenie smaku jest równie niewielkie, co znaczenie pojedynczej planety w całej Mlecznej Drodze. Przecież mamy prawo wymagać od pasztetu smaku mięsa, delikatnego uderzenia niezbędnych przypraw. Nazwa „pasztet” powinna chyba do czegoś zobowiązywać i w nawet niewielkim stopniu spełniać obietnicę, wynikająca z choćby z samego kulinarnego nazewnictwa. Niestety. Tego wszystkiego się tu nie doszukamy. Możemy o tym marzyć, jak o spotkaniu z UFO. Choć są tacy, którzy uparcie twierdzą, że UFO spotkali. I niektórym nawet wierzę, że mają z UFO coś wspólnego.

Mimo narzekań i marudzenia jeszcze kiedyś po Prochowicki pewnie sięgnę. Nie, nie dla smaku. Z tego samego powodu, dla jakiego ludzie chodzą do kina na filmy science fiction. Wiedzą, że to bajka, ale po cichu wierzą, że kiedyś, po wyjściu z seansu zobaczą w ciemnym zakątku niewysokiego stwora (może ze świecącym paluchem), który dziwnym głosem powie: witam was, Ziemianie.

Pasztet Prochowicki kupiłem w Tesco za jakieś naprawdę niewielkie pieniądze. Ile dokładnie – nie pamiętam. Ale cena była kosmicznie niska. Plus.

Share This
Close