Jestem mięsożercą. Uwielbiam mortadelę, dobre salami, pastrami, a hrabia Barry Kent oferując mi na śniadanie swą ostatnią paróweczkę tylko by się ośmieszył. Zostałem wychowany przez mięsożernych rodziców, a mięsożerne babcie przez całe moje dzieciństwo przyrządzały mi mięsne frykasy. Gdy już dojrzałem towarzysko, mięsożerni znajomi wyjątkowo często wskazywali mi szczodrym gestem wypełnione wędlinami półmiski będące kulinarną atrakcją upojnych spotkań.

Jestem mięsożercą. Ale… od wielu tygodni nie jem mięsa. Mięsożerność to stan głęboko we mnie tkwiący. To istotny fragment mojego kulinarnego „ja”. I tej kuchennej części mnie nie staram się na siłę pozbyć, ani nawet uciszyć i upchnąć gdzieś w kąciku. Jednak, o dziwo, moja „bezmięsność” funkcjonuje zupełnie naturalnie. Więcej! Sprawia mi prawdziwą radość, która wręcz eksploduje, gdy w kuchni powstają takie cuda, jak kotlety z pieczarek, kalafiora, kaszy i sera.

Co będzie potrzebne?

kalafior (użyłem mrożonego) / pieczarki / kasza gryczana / ser tarty (użyłem mojego ulubionego Grana Padano) / cebula / jajka / sól / pieprz / mielona czerwona papryka / tymianek / masło / tarta bułka / olej

  • pieczarki pociachane na kawałeczki blenderem smażę na maśle
  • również na maśle duszę drobno posiekaną cebulę
  • gotuję kalafiora, studzę, gdy jest chłodny, rozdrabniam (również używam do tego blendera)
  • gotuję kaszę gryczaną
  • mieszam wszystkie, schłodzone składniki, dodając ser i przyprawy
  • teraz dodaję jajka
  • wszystko dokładnie mieszam
  • formuję kotleciki, obtaczam w tartej bułce
  • część kotletów usmażyłem na oleju, część upiekłem w piekarniku (180 stopni z termoobiegiem); wersja smażona jest zdecydowanie smaczniejsza

Mam wielu znajomych i przyjaciół wegetarian. Niektórzy są nimi (wegetarianami, nie znajomymi i przyjaciółmi) z powodów medycznych, inni z przyczyn „ideologicznych”. Ja też od jakiegoś czasu nie jem mięsa. Czy jestem wegetarianinem? Nie! Czy będę? Wątpię. Zresztą, przyznałem już: jestem mięsożercą. Jednak jeśli gotując i jedząc tak, a nie inaczej zrobię, choćby przez przypadek, coś dobrego (lub nie zrobię czegoś złego), to postaram się, by stan ten trwał w mojej kuchni i na moim talerzu jak najdłużej. A jeżeli „jak najdłużej” nie wypali, to spróbuję je zamienić w „jak najczęściej”.

Smacznego!

A poniżej, zupełnie bez związku z powyższym tekstem zamieszczam wesoły filmik.

Close