Włochy

Kocham Włochy! Ujawniając w sposób euforyczny ten fakt nie chcę, broń boże, odkryć moich skrywanych ciągot do fryzjerstwa.

Kiedy nikt nie widzi staję się Włochem. Niekiedy również bywam Hiszpańczykiem, ale stan ten jest dość sporadyczny. Włochem jestem o wiele częściej. Włochy to kraj, w którym pojąłem znaczenie sformułowania „miłość od pierwszego wejrzenia”. A obiektem moich westchnień pierwszowejrzeniowych była właśnie Italia.

Gdyby ktoś na chwilę wskoczył w moją skórę i zobaczył to, co zobaczyłem stając o 5.20 rano, przy wschodzie słońca, na toskańskim wzniesieniu, miałby prawo powiedzieć: „Ale kicz! Co za tandeta!”. Fakt, było to mocno kiczowate, ale… kurna, jakie piękne! Wpadłem w sidła zastawiane przez włoskie klimaty na frajerów z całego świata.

I tak mnie Włochy złapały i trzymają, jak niewyleczona grypa. Choć, prawdę mówiąc, dobrze mi z taką chorobą. A jej objawy szczególnie nasilają się, gdy w moim pobliżu pojawia się włoskie jedzenie. Puls mi przyspiesza na samą myśl o bolońskiej mortadeli. Temperatura rośnie, gdy ktoś kładzie przede mną pecorino Romano. Przechodzą mnie dreszcze, gdy ląduje na stole talerz z ravioli z ricottą, orzeszkami pinii i szałwiowym masłem. A kicham na złośliwe, niczym nie poparte ploty i doniesienia na temat rzekomej kaloryczności makaronów i gnocchi.

Jedno z pierwszych ważnych słów, które przychodzą mi do głowy, gdy myślę o włoskiej kuchni to „prostota”. Niesamowita, piekielnie ważna cecha, a jednocześnie ogromna zaleta tamtejszego gotowania. Prostota, nie prostactwo, co, niestety, jest przez wiele osób, zwłaszcza w polskim podejściu do kulinariów równoważone. Cudowna prostota, która przekłada się na wygodę, łatwość i szybkość przygotowywania potraw. Prostota objawiająca się intuicyjnym doborem składników potraw. Co ważne – składników, które bardzo często są „stąd” i też są proste! Prostota, której wynikiem, co często nie bez znaczenia, jest niski koszt preparowanych dań. Nagrodą zaś za tę godną podziwu skromność jest zazwyczaj cudowny smak.

Kolejne słowo: „tradycja”. Coś, czego w kuchennej Polsce zdecydowanie brakuje. Oczywiście, są odniesienia do tradycyjnych receptur w restauracyjnych kartach. Coraz częściej chwalą się właściciele lokalnych cukierni, że ich zakład powstał w 45 czy 47 roku. Ale, niestety, blednie to przy tradycji w ujęciu włoskim. Wiem, że tu można, a nawet należy uderzyć w patriotyczno – martyrologiczny ton: że wojna, że komuna, że zniszczyły, przerwały itd. Jednak te korepetycje z historii zostawiam na później.

We Włoszech smak i zapach tradycji są wyczuwalne niemal na każdym kroku. Niedawno miałem możliwość przekonania się o tym, odwiedzając Bolonię. Szczęśliwym zrządzeniem losu (co dziwne, bo zazwyczaj spotyka mnie zrzędzenie) trafiłem do cudownej, niewielkiej knajpki z przekąskami. Miałem wielki fart, bo zbliżał się czas popołudniowego posiłku, a o stolik trzeba wtedy walczyć jak o niepodległość. Tłumy ludzi wychodzą z firm, firemek, z biur, zza biurek i zasiadają przy talerzu czegoś smacznego i kieliszku wina. Taka tradycja! Udało mi się jednak znaleźć urocze miejsce w kąciku, tuż pod leżącymi na drewnianych półkach kołami parmezanu. Kołami tak wielkimi, że nawet najbardziej stuningowany golf „dwójka” w miejscu swoich alusów by ich nie zmieścił. Dodam, że na ścianie naprzeciwko wisiały dunie z kolei piękne, również ogromne szynki. Czy wisiały tam dla przyjemności? Tak! Dla przyjemności klientów. Tradycja! Z kolei na wysokości moich oczu wisiało coś, co jeszcze bardziej podkreślało historię lokalu. Nawet porucznik Jaszczuk, gamoniowaty kompan porucznika Borewicza, poproszony o dostarczenie twardego dowodu na bogate tradycje miejsca, dałby sobie dzięki temu radę. A był to, pochodzący z początku dziewiętnastego wieku, cennik wytwarzanej przez rodzinną manufakturę mortadeli. Kiedy wnikliwie studiowałem ów cennik, pojawił się uśmiechnięty kelner. I tu w sprytny sposób dochodzę do kolejnego odwołania do tradycji.

Kiedy w Polsce myślisz „zawód – kelner”, będzie zazwyczaj chodziło o to, że po spotkaniu z kelnerem (w sensie zawodowym) czujesz zawód. We Włoszech w tej samej sytuacji będziemy mieli (dla przyzwoitości i równowagi dodam zazwyczaj) do czynienia z zawodowstwem. Od włoskiego kelnera możesz spodziewać się nie tylko nienarzucającej się, a przy tym sprawnej obsługi. Jeśli trzeba, uraczy Cię również, godną Tolkiena, historią na temat dania, które za chwilę zjesz, na temat jego składników. Co warte podkreślenia, włoski kelner, w przeciwieństwie do polskiego „jadłopodawcy” (skeczowe określenie wymyślone przez Roberta Górskiego z Kabaretu Moralnego Niepokoju) nie będzie w większości przypadków zmęczonym studentem usiłującym po kolokwium z filozofii zrozumieć sens roznoszenia ogórkowej. To często naprawdę dorosły pan, z wieloletnim doświadczeniem w zawodzie, którego profesja (tak, użyłem słowa profesja, jak profesjonalizm) jest traktowana z szacunkiem. Taka tradycja.

Ostatnim hasłem, którego użyję dzieląc się moimi, że tak zażartuję, przemyśleniami o kuchni włoskiej, będzie „miłość”. Nie chodzi tylko o to, że Włosi kochają jeść. Choć oczywiście ze stuprocentową pewnością można to stwierdzić. Ich miłość „do jedzenia” to stanowczo coś więcej, niż chęć osiągnięcia stanu maksymalnego wypełnienia żołądka czymś w miarę smacznym, szybko podanym i przystępnym cenowo. Oni idąc do restauracji, baru wykonują ŚWIADOMIE wiele czynności na raz, osiągają różne stany. Oni spotykają się, dyskutują, celebrują, cieszą się, odpoczywają. Jakże to odmienne od modelu: szybko, w ciszy (no, ewentualnie jakiś opier… dla kelnera lub złośliwe uwagi na temat jedzenia wymieniane ze współtowarzyszami), nerwowo (bo się czeka, bo drogo, bo niesmacznie). Efekt? Zmęczenie, niesmak, wku….nie. A nie o to przecież chodzi! Żeby jednak ciągle nie narzekać i nie jęczeć, niczym permanentny opozycjonista z mutującymi poglądami politycznymi, przyznam, że wokół coraz więcej osób, które jedzenie, gotowanie traktują z radością i poważaniem.

Miałem okazję być gościem na weselu w niewielkiej umbryjskiej miejscowości. Nie będę przywoływał menu. Skupię się na wspomnieniu mojej wizyty w kuchni podczas przygotowań do podania kolejnych posiłków. Wiem, że praca kucharza, zwłaszcza w trakcie takich wieloosobowych imprez, to naprawdę wielkie, wymagające między innymi sił i cierpliwości wyzwanie. I domyślam się, że w takich sytuacjach może być ciężko, niekiedy nerwowo. I zapewne bywa. Od razu powiem – nie uważam włoskich kucharzy za mocno różniących się od przedstawicieli tej profesji w innych częściach świata. To też ludzie i na pewno nie raz podczas pracy rzucają włoskim określeniem osoby pracującej np. w bordello militare. I to nie na recepcji. Kiedy jednak nieśmiało zajrzałem do kuchni to, co zobaczyłem mnie po prostu zachwyciło. Spokój, opanowanie, skupienie, precyzja. To wszystko widać było na twarzach kucharzy, w ich ruchach. Gdy zorientowałem się, że nikt nie chce mnie stąd wyrzucać, zapytałem, czy można wejść dalej. Zostałem z uśmiechem zaproszony do środka. Kolejny krok: spytałem o kilka dań, których już wcześniej tego popołudnia spróbowałem. W nagrodę za śmiałość otrzymałem wyczerpującą opowieść. To, z jaką pasją (nienawidzę tego nadużywanego słowa, jednak tu pasuje idealnie) i radością szefowie mówili o swoich potrawach było niesamowite. Suma tych obserwacji pozwala mi śmiało stwierdzić, że oni kochają to, co robią. Gdyby kuchnia była osobnym państwem Ci ludzie byliby najbardziej oddanymi patriotami. I nawet nie musieliby informować o tym na noszonych t-shirtach.

Kiedy nikt nie widzi staję się Włochem. Oczywiście ma miarę możliwości: zajadam się makaronem, wcinam suszone pomidory, pochłaniam wielkie, okrągłe plastry mortadeli (uwielbiam ją!). I polewam oliwą. Co się da. A te wszystkie czynności, i moje wspomnienia, okołowłoskie doświadczenia… kocham. Tradycyjnie. Proste, prawda?

Tagi: 

Facebook

Reklama nas karmi

Instagram

Something is wrong. Response takes too long or there is JS error. Press Ctrl+Shift+J or Cmd+Shift+J on a Mac.

Smakademia jest w:

Durszlak.pl mytastepol.com
Share This
Close