Masło LurpakŻona pewnego bardzo znanego polskiego boksera powiedziała kiedyś o swoim mężu mniej więcej coś takiego: „Wszyscy mówią, że on jest głupi. A on jest mądry, tylko że taką życiową mądrością”. Gdybym był zawodowym bokserem, to po takim komplemencie… kochałbym żonę do końca życia miłością silną jak lewy sierpowy Taysona.

Po co przytaczam ten fantastyczny cytat? Po pierwsze po to, żeby na początku wpisu pojawiło się mocne uderzenie. Drugi powód: zawsze „rozbrajały mnie” ludowe mądrości, które bez wątpienia stanowią jeden z elementów ogólnie rozumianej życiowej mądrości. Powiedzmy, że mogą stanowić jej werbalną ilustrację.

Jest takie ludowe porzekadło: kto nie smaruje, ten nie jedzie. Ja na potrzeby dzisiejszego wpisu użyję jego krótkiej wersji: kto nie smaruje, ten nie je. Oba równie kretyńskie. Ale dzięki tej opowiastce o mądrościach mam jeszcze dłuższy wstęp, niż zakładałem.

Jak się domyślasz, zwłaszcza zerkając na tytuł i ilustrującą wpis fotografię, poświęcę kilka chwil opisowi masła. Mógłbym w tym momencie robić ważniejsze rzeczy, np. masować żonie stopy, oglądać na Polsacie „Pamiętniki z wakacji” (Tak! Uwielbiam!!!), zastanawiać się, dlaczego polska armia nie kupiła Caracali. Ale będę pisał o tłuszczu.

Masło to produkt, nad wyborem którego ludzkość niezbyt często i mocno się zastanawia. Przyznam szczerze: mam kilka ulubionych, sprawdzonych marek i podczas zakupów odruchowo sięgam po którąś z nich. Nie szukam czegoś nowego, nie dokonuję nadmaślanych badań. Lurpak wybrałem chcąc urozmaicić okołokuchenne przygody. Na moją decyzję miał również fakt, że było w tzw. „promocji”. Ale o tym za chwilę. A teraz meritum.

Lurpak ma sympatyczny, śmietankowo – maślany zapach. Jest on rzeczywiście mocno wyczuwalny. A to miła cecha. Podoba mi się również to, że po wyciągnięciu z lodówki potrzebuje niewiele czasu, by uzyskać konsystencję niezbędną do wygodnego i swobodnego rozsmarowania na kromce chleba. Twarde masło to jedna z tych rzeczy, które w kuchni potrafią wyprowadzić mnie z równowagi. Podejrzewam, że osób o podobnych skłonnościach jest więcej. Zaryzykuję nawet teorię, że gdzieś na Świecie są zwyrodnialcy, dla których zbyt twarde masło może być powodem do popełniania drastycznych czynów (Pani Bondo! „Maślany zabójca” to może być hit!).

Duńskiego masła użyłem zarówno przy robieniu kanapek, jak i do przygotowania sadzonych jajek. W tym drugim przypadku rozpuściło się szybko i ulegle jak kostka lodu w drinku eksprezydenta. Nie spaliło się, zachowywało się dokładnie tak, jak tego oczekiwałem.

Plusem jest również skład – nie znajdziemy w nim np. barwników.

A co mogę powiedzieć o smaku Lurpaka? Tyle co o japońskim teatrze kabuki. Czyli niewiele. Majaczy gdzieś tam na horyzoncie, jak biały żagiel w piosence Alicji Majewskiej. Ale to chyba stanowczo za mało. I tyle.

Jak już wspomniałem masło kupiłem w Tesco za 4,49 (tak mi się wydaje). Była to tzw. „promocja”, czyli akcja dzięki której ważni ludzie w firmie produkującej towar zamiast pojechać na dwa tygodnie na Arubę zarobią tylko tyle, że pojadą na dziesięć dni na Malediwy. W regularnej sprzedaży masło Lurpak kosztuje ponad sześć złotych (ok. 6,50).

Czy warto? Jeśli chcesz być miłą osobą i wysłać na egotyczną wyspę jakiegoś maślanego bosa – bierz śmiało. Ja jednak pozostanę przy swoich sprawdzonych, mających więcej smaku zwyczajach.

Tagi:

Share This
Close