Bloger

Blogerów kulinarnych dzielimy na dwie główne kategorie: gotujących i jedzących. Bloger gotujący wymyśla, tworzy i dzieli się tym na blogu. Bloger jedzący wymyśla, tworzy i dzieli się tym na blogu. Ja poświęcę kilka słów tej drugiej grupie. Bloger jedzący, zazwyczaj z aspiracjami do bycia krytykiem kulinarny, jest najczęściej wyposażony w:
– smartfona (oczywiście z aparatem i oprogramowaniem z całą gamą filtrów, efektów i innych pierdolników, które wg. blogera nieużywane przynoszą pecha)
– ogromną ilość wolnego czasu, który zwykli ludzie żywiący się białym serem i kanapkami z pasztetem poświęcają np. na kopanie działki lub robienie kapci na drutach
– tak gigantyczne pokłady wiary w siebie, że wiara wszystkich słuchaczek pewnego toruńskiego radia w zbawienie jest przy tym równie niewielka, co prawdopodobieństwo, że Robert Makłowicz poza ekranem jest rosłym, napakowanym Nordykiem.
Bloger jedzący, aspirujący do miana kulinarnego krytyka, podchodzi do swego samopowołania dosłownie. Więc krytykuje. A często o sztuce kulinarnej i dobrym smaku wie tyle, co żuk gnojak o drzewie genealogicznym wytwórcy kupy, z której kulkę właśnie toczy. Sądzi, że tygodniowy pobyt na włoskim kempingu w ramach last minute wystarczy, by wysmażyć na swoim WWW (skrót od „Wiem Właściwie Wszystko?) elaborat na temat „poziomu al dente” jedzonego makaronu. O, przepraszam, pasty. Choć jeszcze niedawno gdy słyszał o gotowaniu pasty upierał się, że buty pastuje się na zimno. Wydaje mu się, że przeżyta po pijaku, na imprezie przygoda z miłością francuską w tle, to powód do oskarżania kucharza, że jego nouvelle cuisine jest za stara. Absolutnie nie zdziwi mnie sytuacja, w której jakiś bloger tuż po zakupieniu tzw. japonek poczuje potrzebę zrecenzowania restauracji sushi.
Życie kulinarnego blogera jedzącego jest pełne wyzwań i przygód. Jego dzień nie jest przeciętny, tak jak dzień przeciętnego człowieka. Bloger dzień zaczyna krótką kartą, a przy odrobinie szczęścia kończy długim finiszem. W czasie, gdy nieblogerzy najzwyczajniej w świecie jedzą śniadanie, obiad, kolację, on musi się zmagać z niedosmażeniem przegrzebków. Dodam, że nie są to zwykłe przegrzebki. To przegrzebki wyjątkowo otwarte, bo pojawiające się na talerzu w towarzystwie. Gdy statystyczny wuj Zbigniew z ciotką Heleną zastanawiają się, czy w jedzonej przez nich sałatce jarzynowej proporcje groszku do reszty są ok (chociaż ostatni raz wuj Zbigniew usłyszał słowo „proporcje”, gdy ukradkiem oglądał w regionalnej tv wybory Miss Pojezierza), bloger PODEJMUJE WYZWANIE. Wewnętrzny imperatyw nakazuje mu bardzo dokładnie zbadać, a następnie podzielić się z czytelnikami, czy we właśnie podanym tabboulech jest odpowiednio dużo bulguru. Gdyby ciotka Helena oświadczyła Zbigniewowi:
– Zbyszku, dostałam dzisiaj bulgur!
ten wziąłby się natychmiast do ratowania sytuacji, zaczynając od słów:
– Weź apap!

Paskudne przeszkody pojawiają się na co dzień w życiu blogera. A to muślinowość kalafiorowo – malinowego puree, a to znów wysokość kwaśnej nuty w parfait, który, nie daj bóg, może się nie okazać perfekt, a to głębokość smaku wężymordu. Podchwytliwe pytania nadciągają jedno za drugim: czy confit jest wystarczająco fit i udo nie było za tłuste? Czy ramen z miso ma umami? (Helenka, co u mamy? Bo bolało ją ramię po tym, jak podniosła misę.). Czy fois gras gra z grasicą? Czy mus to mus? A są jeszcze bardziej dramatyczne rozterki, powodujące wręcz kołatanie serca: czy starter to dzisiaj szyszka / ogon / topinambur czy może jednak torf / paprotka / mangalica?
Boże! Przecież oprócz jedzenia zostają jeszcze wszystkie inne ważne sprawy, którymi trzeba się zająć: sprawdzenie poziomu empatii i kompetencji obsługi, znajomości języków obcych, analiza wystroju w odniesieniu do panujących w dizajnie trendów, badanie ergonomii krzeseł w kontekście najnowszych odkryć amerykańskich ortopedów. Jak żyć?
W tym miejscu powinna pojawić się błyskotliwa pointa. Ale na tle blogowych kulinarnych wpisów byłaby niczym. Dlatego powiem tylko: Kochani Kulinarni Blogerzy Jedzący! Z całego serca gratuluję: wiedzy, obycia, odwagi, elokwencji i poświęcenia. Piszcie! Piszcie jak najdłużej i jak najwięcej. Bez Was moje życie byłoby wyjątkowo smutne.

Tagi: 

POLECAM!!!

Wrocławskie Podróże Kulinarne

Zdecydowanie mój ulubiony blog kulinarny. Pisany bez zadęcia, nadmiaru trudnych słów, rzetelnie. Naprawdę warto tu zajrzeć. A jeśli ktoś mieszka we Wrocławiu, okolicach lub się do Wro wybiera – lektura obowiązkowa.

Zobacz blog

Facebook

Reklama nas karmi

Instagram

Something is wrong. Response takes too long or there is JS error. Press Ctrl+Shift+J or Cmd+Shift+J on a Mac.

Smakademia jest w:

Durszlak.pl mytastepol.com

Zerknij na podobne wpisy

Share This
Close