Arbuz

NIE-NA-WI-DZĘ!!!

W okresie radosnego dziecięctwa w ramach obowiązkowej wakacyjnej rozrywki wyruszałem na kolonie. Niektóre z nich były organizowane w miejscach, które tłumu japońskich turystów raczej by nie przyciągnęły. Kiedyś na przykład spędziłem spory fragment wakacji w jednym z bydgoskich, przyszkolnych internatów, w dodatku ucząc się esperanto. Ten wyjazd ja, a na pewno moi rodzice, zapamiętamy na lata. A to za sprawą wysłanej przeze mnie pocztówki o takiej mniej więcej treści:

Jest bardzo fajnie. Najbardziej podobał mi się przejazd karetką na sygnale.

Bo w sumie rzeczywiście była to chyba największa atrakcja tego wyjazdu. Szczegóły litościwie pominę. Wszak wiążą się z czynnością, która jest mocno związana z kulinariami. Wspomnę tylko, że otrzymałem przydomek Rzygis Chan.

Inne wyjazdy kolonijne wspominam milej. Zwłaszcza jeśli chodzi o tzw. miejscówę. Miłe były wyjazdy nad jeziorko do Sławy. Ha, luksus wręcz. Domki, las, naprzeciwko ośrodek wypoczynkowy, w którym można było kupić lody casate i Mirindę w dużych szklanych butelkach, czyli artykuły na co dzień nieosiągalne. I inne atrakcje, np. obserwowanie dzikiej przyrody: wiewiórek, wodnego ptactwa i  wychowawcę grupy starszej okazującego w sposób DOGŁĘBNY swoje uczucie naszej uroczej wychowawczyni. Te obserwacja zakończyła się dla nas dość przykro – osobniki w rui zmusiły nas do bosego truchtu po szyszkach. Od tej pory boję się dzikich zwierząt.

Ale najbardziej traumatycznym kolonijnym wspomnieniem jest… arbuz. Co weekend (a kolonie trwały 4 tygodnie) do naszego ośrodka przybywała, z wydatną pomocą wprawnego kierowcy, pana Mirosława, niebieska Nyska. Jeden z cudów motoryzacyjnego świata. Samochód tak rozklekotany jak psychika wojującej feministki uwięzionej w nieudanym małżeństwie z genetycznym samcem alfa. A to wszystko kilkanaście godzin przed nadejściem „właśnie tych dni”. Pan Mirosław, niczym kapitan Kirk dowodzący tym polskim Star Trekiem, w sobie tylko znany sposób potrafił przebrnąć wertepy asfaltowych galaktyk i doprowadzić swój statek do portu Sława. W tym przypadku drugie, poza geograficznym, znaczenie tego słowa panu Mirosławowi i jego Nysie się należy. Fame on you, Mirek!

Nysa zawierała ładunek co najmniej dziwny. Była bowiem wypakowana po brzegi arbuzami. Oraz oczywiście panem Mirosławem. Arbuzy miały pochodzenie bałkańskie, chyba bułgarskie. Pan Mirosław, sądząc po skajowej saszetce i stylowej zaczesce miał pochodzenie raczej polskie. Jak większość towarów w tamtych czasach, począwszy od elastycznych skarpet, poprzez przeterminowany salceson, na „Słowniku języka polskiego, tom. 3, litery i – ł” skończywszy, arbuz był dobrem luksusowym i na co dzień niedostępnym. Jednak firma, w której pracowali moi rodzice, produkowała coś, co Bułgarom było bardzo potrzebne. Była to z tego, co pamiętam, folia PCV. Po co szlachetnym mieszkańcom Sofii i okolic folia? Pozostawiam to Waszej fantazji. Grunt, że regularne dostawy arbuzów miały miejsce. A że były rarytasem, nasi wychowawcy uważali, że wszyscy mamy na ten owoc wielką ochotę. Niestety, tak nie było. Mi arbuz po prostu nie smakował. I głośnio o tym mówiłem, tworząc trzon arbuzowej opozycji. Jednak tzw. naszej pani to zupełnie nie interesowało. Była pewna, że jestem arbuzowo nieuświadomiony i po prostu nie zdaję sobie sprawy z tego, że mam przed sobą prawdziwy cud smaku, zdrowia i wszystkiego najlepszego. W związku z tym padało tylko krótkie „Jedz to! Masz to jeść”. A że różnica wieku, wzrostu i innych walorów była między nami dość duża, ze szczerymi łzami w oczach wpychałem do ust kolejne porcje tego czerwono – zielonego dziadostwa. Na nic zdawały się prośby, groźby i błagania. A do mnie nie trafiały argumenty, że w arbuzie jest dużo witamin. Przecież każdy rozsądny człowiek patrząc na arbuza zobaczy wodę, gąbczasty miąższ, pestki i grubą, szrekowatą skórę. Witamin na pewno tam nie widać. Nic to. Arbuz miał być zjedzony. Gdybym wtedy wiedział, że w podobnie okrutny sposób tuczy się gęsi dające fois gras, z pewnością pomyślałbym: „Jesteś jak gęś tuczona na fois gras”. Nie miałem jednak tej świadomości. Dlatego w mojej głowie, z powodu braku szerszej wiedzy o świecie, pojawiało się jedynie krótkie, choć nie tak spektakularne ale równie dramatyczne „Nieeee!!!”.

Wielki Herbie!
To samo „Nieeee!!!” wraca do mnie za każdym razem, gdy w moim pobliżu pojawia się teraz arbuz. Jednak efekt mojego „Nieeee!!!” jest taki, jaki być powinien. Arbuz nie zbliża się do moich ust. Jest od nich utrzymywany w bezpiecznej dla nas obu odległości. Tak postanowiłem i tego się będę trzymał. I ten stan będzie utrzymywany w przyszłości. A jeśli kiedyś, nie daj Boże, po wybuchu atomowego grzyba okaże się, że na Ziemi pozostała tylko garstka osób i, jakimś cudem, plantacja bułgarskich arbuzów, będę pierwszym, na którego grobie zawiśnie tabliczka: „Tu leży bohater, który dla zasady umarł z głodu”.
A, i jeszcze jedno. Nie boję się samolotów. Mogę polecieć Iłem, Wilgą, Antonowem, Boeingiem. Ale do Airbusa za cholerę nie wsiądę. Przecież Airbus brzmi prawie jak arbuz.

Tagi: 

 

Porada starego dziada
ArbuzzGdy przychodzą upały możesz w smakowity sposób schłodzić napój. Pokrój arbuza w kostkę o boku ok. 2 cm. Włóż na kilka, kilkanaście godzin do zamrażalnika. Tak schłodzony owoc świetnie zastąpi kostki lodu.

Facebook

Reklama nas karmi

Instagram

Something is wrong. Response takes too long or there is JS error. Press Ctrl+Shift+J or Cmd+Shift+J on a Mac.

Smakademia jest w:

Durszlak.pl mytastepol.com

Zerknij na podobne wpisy

Share This
Close