Belgia

Kiedy zaglądam do atlasu geograficznego i na mapie Europy widzę Belgię, przypomina mi się jeden ze słynnych dialogów z serialu „Alternatywy 4” Barei, który kończy się mniej więcej taką puentą (cytuję z pamięci):

– Miećka! Ho, no! Popatrz, Honduras! O! Taki malutki!

Bo na tle innych krajów Belgia, jeśli chodzi o wielkość, gigantem raczej nie jest. Przycupnęła sobie gdzieś na wybrzeżu między Holandią, Niemcami a Francją, przytulając z boku jeszcze mniejszy Luksemburg. Jednak dla mnie, osobiście, Belgia to potęga! Nie mówię tu o polityce (wszak Bruksela – stolica Europy!), nie mówię o gospodarce (też się nieźle chyba trzymają). Dla mnie Belgia to potęga smaków!

Jeśli spojrzymy do „Wielkiego słownika stereotypów kulinarnych” (jeszcze chyba takiego nie ma, jednak może kiedyś, ktoś…), to z pewnością znajdziemy mocno rozbudowane hasła: kuchnia włoska, kuchnia chińska, hiszpańska, francuska, meksykańska, nawet może i niemiecka. A czy będzie tam hasło „kuchnia belgijska”? Raczej nie! Choć osoba, która wypuści swoje kulinarne fantazje trochę dalej, niż w bermudzki trójkąt smaku „schabowy – pizza – kebab”, bez wątpienia przypomni sobie o belgijskich frytkach. A jeśli fantazje nakarmione smażonymi kawałkami ziemniaków, podanymi z vinegretem lub majonezem, pognają jeszcze dalej, to natkną się na przykład na królika w piwie (kriek najlepszy!). Ale na tym chyba koniec.

Nie będę tu udawał kulinarnego dresiarza i cwaniakował, przytaczając z pamięci, niczym tekst utworu „Wolność” Boysów, kompletnego menu Brukselskiej czy Antwerpskiej knajpy. Bo sam za daleko się w poznawaniu belgijskich potraw nie posunąłem. Znam jednak doskonale kilka, czy wręcz kilkanaście belgijskich smaków, które rozświetlają mój kulinarny świat.

Żeby dalsza część opowieści miała sens, muszę w ogóle wytłumaczyć, skąd w moim życiu Belgia. Otóż do Belgii podróżuję w, jak to się kiedyś określało w radiowych komunikatach, ważnych sprawach rodzinnych. Odwiedzam ciocię, która mieszka w położonej wśród ardeńskich wzgórz wsi. Niedaleko stamtąd do historycznego Bastogne, obok którego, w grudniu 1944 roku, rozgrywały się dramatyczne walki. Mniej obeznanym z historią, a bardziej z popkulturą, pobudzę wyobraźnię wspominając, że chodzi o wydarzenia pokazane m.in. w serialu „Kompania braci”. Równie blisko mieści się Saint – Hubert, mieścinka, w której złożono doczesne szczątki świętego Huberta, patrona myśliwych.

Do Belgii pierwszy raz wybrałem się w latach osiemdziesiątych. Jako totalny dzieciak nie do końca zdawałem sobie chyba sprawy z tego, jak wielkich przygotowań wymagał taki wyjazd. Teraz wiem, że gdybym obecnie na przygotowania poświęcił tyle samo czasu i energii, mógłbym spokojnie polecieć paralotnią na Nową Zelandię, zahaczając po drodze o Kenię, Mongolię i Las Vegas. Najpierw tygodnie czekania na paszporty. Dadzą? Nie dadzą? Dali! Potem – wiza. Mieszkam na Dolnym Śląsku, więc los i polityka dla ułatwienia sprawiły, że wizę trzeba było załatwiać w Warszawie. Dodam tylko, że „w tamtych czasach” (ja pierniczę, ktoś, kto kiedyś przeczyta kilka moich wpisów na raz i podsumuje wszystkie odwołania do „tamtych czasów” odniesie wrażenie, że bloga prowadzi dziewięćdziesięcioletni dziadek – kombatant!) nie było tanich linii lotniczych, szybkich autokarów, pendolinów i innych komunikacyjnych fiu – bździów. Po kilku, kilkunastu tygodniach czekania na wizę następował kolejny etap przygotowań do podbicia miejsc, do których teraz, nawet moją wysłużoną skodą dojeżdżam w kilkanaście godzin, po kilkunastu minutach pakowania walizki. Trzeba było kupić bilet lotniczy. Tu było łatwiej. Biuro LOT-u mieściło się, a i chyba do dziś się mieści, we Wrocławiu, przy jednej z głównych ulic. Wystarczyło mieć paszport z wizą i stanąć w kilkudziesięcioosobowej kolejce o czwartej, piątej rano. Właśnie, to jeden z fenomenów, bardzo ponurych, ale jednak fenomenów, ustroju komunistycznego, że po wszystko trzeba było stać w kolejce. Nieważne, czy chodziło o chleb, skarpety, rower, szproty w puszce, wykładzinę PCV czy lotniczy bilet do dowolnego kraju. Człowiek musiał swoje odstać i już! Bez tego rytuału zakup nie mógł się odbyć. Przedziwna gospodarcza perwersja!

Frytki

Uzbrojony w paszport z wizą, bilet lotniczy, udałem się z mamą i z babcią do Warszawy. Pociągiem ekspresowym Odra. W naszych torbach, walizach oprócz podręcznych przyborów oraz stert ubrań znajdowały się dobra niedostępne nawet dla Belgów: pęta wysuszonej kiełbasy myśliwskiej, butelki z Żubrówką oraz nalewki z bursztynu. Nie muszę dodawać, że wszystkie zdobyte po wielogodzinnych kolejkowych wartach. (Kurczę, chyba kolejkom poświęcę osobny wpis)

Po serii przygód, przeżyć i wydarzeń, które z powodzeniem mogłyby stanowić kanwę serialu paradokumentalnego w stylu „Pamiętników z wakacji”, dotarliśmy do Belgii. „Zapach zachodu” tak mnie urzekł, że gdybym miał i ze trzy dodatkowe dziurki w moim, i tak wielkim nosie, nie byłbym w stanie go pochłonąć. Radosne kolory sklepowych witryn zaatakowały wzrok dzieciaka radośnie, a przy tym bezwzględnie, jak Janosik wyczuwający okazję do zaopatrzenia w deficytowe dobra kilku tatrzańskich wsi. A obdzierając opis tych doznań z poetyckich fraz i słownych uniesień – nagle dostałem luksusem w pysk.

Dalszy ciąg okładania luksusem miał miejsce już w domu cioci. A spora część tego procesu była związana z kulinariami. I tu dochodzimy do pierwszego z moich ulubionych belgijskich smaków. Czy może raczej rodziny smaków. Chodzi o sery. To, co wtedy odkryłem było piękne, oszałamiające, pyszne. Po pierwsze: wielość, mnogość odmian, rodzajów. Dla mnie, do tej chwili sery były trzy: biały, żółty, topiony. Przepraszam! Jeszcze od czasu do czasu w moim menu pojawiał się pleśniowy Rokpol. Jednak teraz zorientowałem się, że jest ich o wiele, wiele więcej. Odkryłem, że sery nie różnią się głównie kolorami! Eksplorowałem ich świat długo i namiętnie, poznając smaki, zapachy, struktury. To było naprawdę wspaniałe przeżycie. Co ciekawe, tak wielkie doznania miały miejsce przy mojej dość skromnej świadomości kulinarnej. Teraz, gdy odwiedzam Belgię, sery nie robią już na mnie tak wielkiego wrażenia, choć oczywiście sięgam po nie równie chętnie, jak skarbówka po nasze pieniądze. Większość z produktów, które polubiłem mogę kupić w Polsce. Jest jednak pewien wyjątek. Przykry, ponieważ to jeden z moich ulubionych serków. Normandzki Boursin. Uwielbiam, szaleję, zajadam. Kremowa pyszność w kilku odmianach. Najbardziej lubię ten z pieprzem oraz wersję z szalotką. Szukałem w sklepach, grzebałem w Internecie. Cisza, pustka. W ojczyźnie mej brak.

leonidas

Na szczęście można od jakiegoś czasu kupić inną smakowitą perełkę, a nawet całe sznury i garście perełek (ale tekściarska tandeta!!!). Mam na myśli czekoladki firmy Leonidas. Twórca tego cukierniczego majstersztyku powinien dostać Nobla z psychologii. Wszak Leonidasy są w stanie wyleczyć psychiczny dół głębszy, niż razem wzięta otchłań wszystkich śląskich kopalnianych szybów. Suma słodyczy wszystkich udostępnianych na fejsie fotografii psiaczków, kotków, króliczków i świnek jest przy nich śmieszna jak angielszczyzna Tuska. I nie mówię tu o słodyczy stricte, a o wielości doznań, jakie każda z tych czekoladek przynosi. I mimo swojej pyszności i zdolności kuszenia mają, przynajmniej dla mnie, jedną dość absurdalną cechę. Większość łasuchów po zjedzeniu jednej pysznej praliny sięgnie natychmiast po następną. A z Leonidasami tak nie jest. Kiedy zjem już jedną z moich ulubionych czekoladek (mam ich kilka) staram się jak najdłużej czuć jej smak. Sięgnięcie po kolejną, oczywiście równie pyszną, byłoby wykonaniem wyroku na właśnie trwającej przyjemności.

Kolejna grupa belgijskich rarytasów, o które niestety u nas niełatwo, to wędliny. Nie chodzi oczywiście ogólnie o wędliny wytwarzane w Belgii, a o pyszne dojrzewające szynki i kiełbasy produkowane w Ardenach. Mam w Bastogne ulubiony sklepik, w którym można dostać wędliniarskie cuda produkowane z dziczyzny, a także z wieprzowiny. Co ważne (przepraszam wegetarian, szczerze), świnie, z których mięsa produkuje się te smakołyki są „wypasane” na ardeńskich wzgórzach i żyją „na świńskim luzie”. Dla mnie swoją delikatnością dorównują włoskim i hiszpańskim odpowiednikom. Oczywiście mówię o wędlinach, nie świniach. Ich cienko pokrojone, będące niemal na granicy przezroczystości, plasterki niosą ze sobą tak wiele obłędnego smaku, że są nim w stanie obdzielić cały batalion e-wybrednych blogerów.

Opowiadając o Belgii nie sposób nie wspomnieć jeszcze o wyjątkowo ważnym, czy jakby to powiedział Makłowicz – emblematycznym wręcz produkcie, czyli piwie. Jestem wielkim fanem piw belgijskich, ze szczególnym uwzględnieniem produktów Trapistów z Rochefort. Z czystym sumieniem mogę również polecić również klasztornego Chimay. Szczególnie w białej i niebieskiej odmianie. Należy jednak uważać. Piwa te są wyjątkowo podstępne. Poza zdecydowanym smakiem dysponują niezłym arsenałem alkoholowych procentów, które atakują człowieka znienacka, wprowadzając organizm w stan geometrycznie postępującej wyrozumiałości dla otaczającego go świata. Kilka razy przekonałem się o tym osobiście. Do tego stopnia, że tzw. następnego dnia ten sam poziom wyrozumiałości dla otoczenia gwałtownie spadł mi na łeb, doprowadzając do jego dramatycznego bólu. Było to jednak wynik mojego bezgranicznego uwielbienia dla fermentujących w belgijskich klasztorach trunków i do nikogo pretensji nie mam.

Kończąc krótką opowieść o „moich” belgijskich smakach wrócę jeszcze do wspomnianych już frytek. To chyba największy wkład belgijskiej gastronomii w światową kulturę kulinarną. Sprytny patent z dwukrotnym smażeniem sprawia, że są one naprawdę wyjątkowo chrupiące, nie przesiąknięte tłuszczem. Dla mnie obowiązkowymi dodatkami do solidnej, podanej w papierowym rożku porcji są pieprz i majonez. A jeśli kiedyś będziecie przypadkiem podróżowali z Bastogne w stronę luksemburskiego Pommerloch, podziwiając śmigające na zielonych pagórkach z gracją  zakochanych baletnic piękne krówska, zatrzymajcie się w barze tuż przed dawną granicą. Dostaniecie tam jedne z najlepszych, jeśli nie najlepsze fryty w swoim życiu. Gwarantuję!

Zajrzyj do jednego z najpyszniejszych miejsc w Bastogne

Facebook

Reklama nas karmi

Instagram

Something is wrong. Response takes too long or there is JS error. Press Ctrl+Shift+J or Cmd+Shift+J on a Mac.

Smakademia jest w:

Durszlak.pl mytastepol.com
Share This
Close