Na zachód

Było rok 1987. A może 89? Od spotkania z Wymarzonym Zachodem dzieliło mnie jedynie  dwuipółgodzinne bliskie spotkanie z Technologią Wschodu. Mówię konkretnie o locie (czy może przefrunięciu) samolotem marki Ił.

Kiedy po nocy spędzonej na lotnisku Okęcie wreszcie wsiadaliśmy do tego wykwitu radzieckiej myśli technicznej, nie spodziewaliśmy się, że będzie to naprawdę niezapomniana przygoda (ale niestety nie taka, jak w piosence: Przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda!). Mówiąc „my” wyjaśnię od razu, że chodzi o moją babcię, mamę oraz o mnie.

Tekst ten poniekąd jest poświęcony jedzeniu, więc oszczędzę Czytelnikowi szczegółowego opisu, jak bardzo trzęsło, a przede wszystkim, czym się to trzęsienie zakończyło. A powiem tylko, że nie zakończyło się szczęśliwie dla żołądków wielu pasażerów.

Ale przetrwawszy wzloty i prawie upadki maszyny naszego narodowego przewoźnika wysiedliśmy szczęśliwi, ale jeszcze odrobinę przerażeni, na lotnisku w Brukseli. I wtedy nastąpił on. SZOK! Ilość kolorów, zapachów i unoszącej się na wszystkich poziomach jak-zrozumiałem-później-normalności była po prostu po prostu przytłaczająca.

Każdy kolejny dzień pobytu na Wymarzonym Zachodzie przynosił nowe, cudowne doznania. Wszak jak może być inaczej, jeśli świadomość gówniarza, jakim byłem, krzyczy na każdym kroku: ale tu Pewexów!

Jednak pewnego dnia radość, zachwyt i wszystko inne, co dobre, osiągnęły apogeum. Oto bowiem stanąłem przed drzwiami do esencji tego, co zachodnie. Chwyciłem nieśmiało przymocowaną do tych magicznych drzwi klamkę, pociągnąłem i wszedłem do…McDonalda.

Wielki Świat stał się jeszcze większy, a radość bardziej radosna. Po długich chwilach zastanawiania się, wahania, kombinowania, liczenia, wszystkie pozytywne uczucia zmaterializowały się przede mną w postaci niewielkiej buły z kotletem w środku oraz gratisowego balonika i słów sprzedawczyni: „żępręprą bą apetit mą petit bąpątą” (czy coś takiego). Trzymając w jednej dziecięcej dłoni bułę, a balonik w drugiej byłem Kolumbem. Niestety, jeszcze o tym nie wiedziałem. Byłem Kolumbem. Stanąłem bowiem na brzegu północnej Ameryki myśląc: No, Kolumb. Dobra robota. Zarąbiste te Indie!

 

Hamburger (z ukłonem w stronę Mistrza Gordona Ramsaya – jego hamburger był tu inspiracją)

 

Składniki:

 

mielona wołowina

czerwona cebula

korniszony

czerwona cebula

musztarda (ja używam miodowej)

ostry ketchup

sos sojowy

mielony kminek

oregano

sól

pieprz

jajko

 

Cebulę i korniszony dość drobno siekamy. Dodajemy do mięsa. Dodajemy również pozostałe składniki i dobrze mieszamy (należy wymieszać ręką – jakakolwiek łyżka dobrze sobie z tym nie poradzi). Po wymieszaniu całość odkładamy do lodówki na kilkanaście minut.

Formujemy płaskie kotlety i pieczemy na grillu (możemy oczywiście użyć kuchenki).

 

Podajemy w specjalnej podpieczonej bułce (można je kupić praktycznie w każdym tfu! Markecie). Ja dodaję jeszcze sałatę, pomidory, ogórka i prosty sos – ketchup wymieszany z majonezem.

 

Od czasu tamtego wyjazdu byłem na zachodzie (już mniej wymarzonym) nie raz. McDonaldy jak stały, tak stoją.  Stoją także 25 minut jazdy od mojego domu (i to jazdy spokojnej, nie wyprawy IŁem). Nie ukrywam – kiedy nie mam wyjścia (czyli czasu, pieniędzy przy sobie na coś większego, albo jednego i drugiego) zaglądam tam. I jestem przekonany, że wiele osób, które uważają się za smakoszy i miłośników dobrego jedzenia też wpada tam i do innych fast foodów. Niekiedy pewnie po kryjomu.

Zaglądam tam, ale nie czuję się już jak Kolumb. Chwalić Boga, od jakiegoś czasu potrafię, przynajmniej jeśli chodzi o jedzenie, zorientować się gdzie Ameryka, a gdzie Indie. Smacznego!

Share This
Close