Dyskont

czyli całujcie mnie w dupę

Kilka dni temu przeczytałem fragment wywiadu z człowiekiem, który obwieścił światu, że nie robi zakupów w marketach. Żywi się głównie tym, co można kupić u rolnika, a co w sposób, że tak użyję uogólnienia, ekologiczny urodzi ziemia i tym, co wytworzą mistrzowie rzemieślniczej produkcji spożywczej. Generalnie w poważaniu ma masową produkcję i wszystko, co dostępne w wielkich sklepach. W dodatku ponoć większość spożywanych przez niego produktów pochodzi z gospodarstw, firm znajdujących się w określonej, niewielkiej odległości od jego domu. Takie zasady.

Wywiad jak wywiad. Nie będę przytaczał, nie chce mi się cytować. Uwierzcie mi jednak na słowo – jako regularny czytacz poezji dostrzegłem między wierszami nie tylko niechęć do „super” i „hiper”, ale nawet pewnego rodzaju obrzydzenie. A kiedy między te wiersze zajrzałem jeszcze głębiej, zauważyłem nawet (niewielką, ale jednak) porcję pogardy dla ludzi, którzy w tego rodzaju handlowych przybytkach na co dzień robią zakupy. Ale może przesadzam, może to nadinterpretacja. Jednak co do stosunku owego pana do różnego rodzaju wielkopowierzchniowych centrów zakupowej uciechy nie mam wątpliwości. Według niego oferują dziadostwo i są najgorszym złem.

A ja dziś, z wysoko uniesionym czołem, bezczelnym uśmiechem na ustach i odwagą w sercu staję w obronie supermarketów i hipermarketów! A przede wszystkim staję, by bronić tysięcy tanich dyskontów. Tak, tych wszystkich Biedronek, Aldików i Lidlów, których mnogość doprowadza wielu do białej gorączki. Tych samych, z których klientów podśmiewają się beemwiaste lalunie, dochodzące do swojej finansowej pozycji tylko dzięki pozycji, która sprawia, że dochodzi ich mąż. Z zaciśniętą dłonią, w której dzierżę zwinięty plik promocyjnych gazetek na nadchodzący tydzień, mówię głośno i wyraźnie: dyskont pany!

No, a teraz czas na tłumaczenie. Dlaczego z taką zawziętością, z takim przejęciem staję w obronie dyskontów? Ano dlatego, że, według mnie, w ciągu ostatnich kilkunastu lat dyskonty, jak nic innego i jak nikt inny, wpłynęły pozytywnie na masową kulinarną świadomość i wiedzę Polaków. Stały się ogólnodostępnym wehikułem umożliwiającym przekraczanie smakowych granic i podróżowanie po kuchniach wielu krajów. Są swoistym erzacem biura podróży, dzięki któremu można poznać kulturę i tradycje wielu miejsc i regionów. Wszak kuchnia częścią kultury bezsprzecznie jest. Trzymając się tego porównania przyznaję uczciwie: nie jest to biuro podróży zapewniające pięciogwiazdkowy apartament z widokiem na lagunę i opcją all incusive. Dostaniemy raczej skromnie urządzony, niewielki pokoik z kilkoma sublokatorami na piętrowych łóżkach. Jednak jest i daje możliwość poznania czegoś, o czym do tej pory człowiek nie miał pojęcia lub ewentualnie czytał w kolorowych gazetach.

To dzięki dyskontowi, budująca tygodniowy jadłospis swojej rodziny głównie z ziemniaków, kiełbasy śląskiej, topionego serka i niedzielnego rosołu, gospodyni po raz pierwszy w swoim długim życiu ma możliwość przygotowania mężowi i dzieciakom kanapek z cheddarem (Wiesz Stasiek, w promocji był, po tyle samo co żółty). To właśnie tu siwowłosa rencistka wydłubie ze zmiętego portfela kilka drobniaków na słoik pomarańczowej marmolady, której smak zapamiętała z przedwojennych czasów młodości. To tutaj na ogorzałej twarzy budowlańca pojawia się uśmiech, godny miny najznakomitszego miłośnika chilijskich win, gdy idąc do kasy poza chwyceniem plastikowej butelki mocnego nibypiwa sięga po belgijskiego blond ale’a. Bo akurat szef dał premię, no i kumple będą zazdrościć, a w ogóle to, kurwa, czemu nie? Stać go!

Takich przykładów mógłbym podać wiele. Sam widziałem ludzi, którzy przechadzając się po sklepie w czasie „tygodnia greckiego” oglądali niektóre produkty z wyrazem twarzy turysty zwiedzającego Akropol. Nieraz dostrzegłem osobę zerkającą na znajdujący się na opakowaniu opis bolońskiej mortadeli czy bresaoli jak na pocztówkę z Włoch. I właśnie dlatego uważam, że wszystkie te sieciowe sklepy naprawdę robią „dobrą robotę”. Powtórzę raz jeszcze, tym razem wprost: zapewne wielu tym produktom daleko do ich wysokiej klasy, „prawdziwych”, lokalnych odpowiedników. Ale gdy pewnego dnia skromna domowa gospodyni, jakimś niezwykłym zrządzeniem losu trafi na elegancką imprezę, gdzie podadzą deskę serów, spojrzy na kawałek chedarra i powie z dumą „A, znam!”. A ogorzały budowlaniec, który wyjechał pod Brukselę na kontrakt, siedząc po pracy z kolegami zerknie na butelkę znajomego ale’a i może niesprawiedliwie, ale szczerze pomyśli „Co za gówno. Nasze mocne lepsze”. I o to w moim szacunku do dyskontów chodzi!

PS.

A wszystkim pajacom, którym wydaje się, że zwiedzili już cały kulinarny świat i gardzą tymi, którzy dopiero wystawiają smakowe kubki za próg (a jednych i drugich niestety nie brakuje), dedykuję poniższy uroczy utwór.

Facebook

Reklama nas karmi

Instagram

Something is wrong. Response takes too long or there is JS error. Press Ctrl+Shift+J or Cmd+Shift+J on a Mac.

Smakademia jest w:

Durszlak.pl mytastepol.com
Share This
Close