Każdy ma w swoim albumie wspomnień z dzieciństwa strony, które chce pominąć. Choćby nasze dziecięce dni były zawsze słoneczne, pełne zabaw, radości, miłości i szczęścia, to zawsze znajdzie się jakaś cholera, która rzuci na nie cień. I bardzo często ta cholera rodzi się w kuchni.

Jedna z kuchennych zmor mojego dzieciństwa nazywała się jaś. I była fasolą. W dowodzonej, na zmianę, przez dwie babcie i mamę, kuchni często pojawiał się barszcz. W różnych odmianach, z różnymi dodatkami. I właśnie ta fasola rolę ozdobnika w barszczu niekiedy spełniała. Nie wiem, dlaczego, ale przełknięcie tego było dla mnie katorgą. Nie pamiętam, jakiego argumentu używano, bym jadł barszcz z fasolą. Pewnie było to coś w stylu: będziesz duży, będziesz silny, będziesz mądry. W sumie mały nie jestem, najgłupszy chyba też nie. Ale nie wydaje mi się, żeby fasola miała z tym coś wspólnego. Tak czy inaczej, przez lata nie potrafiłem się zakolegować z jasiem. Aż do dziś.

Co będzie potrzebne?

fasola jaś / tuńczyk (użyłem puszkowego, w wodzie) / cebula / korniszony / olej (nie do smażenia, ja użyłem rzepakowego) / masło / sezam / kmin rzymski / mielone ziele angielskie / sól / pieprz

A teraz do dzieła!

  • fasolę moczę przez całą noc (zajęło to dziś 12 godzin), potem zmieniam wodę i gotuję ok. 2 godzin, odcedzam i studzę
  • cebulę kroję w drobną kostkę, solę i duszę w dość sporej ilości rozgrzanego masła, kiedy już jest prawie gotowa dodaję kmin rzymski i mielone ziele, mieszam, taki zabieg pozwoli „wyciągnąć” moc z przypraw oraz lepiej je rozprowadzić w paście / UWAGA! Kmin rzymski jest dość intensywny w smaku, w zapachu również, nie można więc przesadzić z jego ilością
  • używając blendera ucieram na gładką pastę fasolę, tuńczyka, cebulę uduszoną z przyprawami
  • w trakcie blendowania dodaję oleju rzepakowego (utarta masa bez niego, mimo masła, które pojawi się razem z cebulą, będzie za sucha)
  • korniszony siekam na bardzo drobne kawałeczki
  • sezam prażę
  • do utartej masy dodaję posiekane korniszony, uprażony sezam, sól, pieprz, a jeśli trzeba – jeszcze trochę oleju, mieszam, przekładam do pojemnika i na kilka godzin odkładam do lodówki

Gotowe!

Kilka dni temu, w innym wpisie, przyznałem, że od jakiegoś czasu zupełnie naturalnie mięso zniknęło z mojego menu (choć niewykluczone, że do niego kiedyś wróci). A to spowodowało, że szukam różnych sposobów na urozmaicanie zawartości garnków i talerzy. Stąd, a także wskutek sugestii przemiłej pani odwiedzającej Smakademię, pomysł na eksperyment z fasolą. I mogę z całą odpowiedzialnością, uśmiechem na ustach i szczęściem w żołądku przyznać, że eksperyment udany. A jego efektem jest nie tylko ciekawy dodatek do pieczywa, ale także nowy, miły kolega – jaś. Przepraszam, skoro kolega, to Jaś.

Close