sledz_Evra_FishNadejście nowego dnia postanowiłem uczcić porcją śledzia. Śledź „chodził za mną” od dawna. Czy raczej pływał. A nawet można powiedzieć, że w jakiś tam sposób mnie uporczywie śledził. Tak się złożyło, że jakiś czas temu, będąc w Lidlu, zauważyłem na jednej z półek niebrzydkie opakowanie z rybką w jednej z głównych ról. Powiedzieć „ładne” byłoby nadużyciem. Jednak „niebrzydkie”, patrząc na większość opakowań produktów rybnych, jest naprawdę duży komplementem. Skusiła mnie więc ta ryba. Wróciwszy do domu wrzuciłem ją do lodówki, gdzie spokojnie sobie leżała. I nadszedł właśnie ten dzień, gdy niesiony falą rybnej zachcianki otworzyłem drzwi mojego ukochanego sprzętu AGD w poszukiwaniu czegoś, co kiedyś miało płetwy, a nie miało głosu. Mógłbym sobie kretyńsko zażartować, że gdybym był perwersyjnym kanibalem, szukałbym pewnie w lodówce nieletniego nurka. Ale takie niesmaczne przebłyski odłóżmy na bok.
Najpierw zerknąłem na skład. Oczywiście śledź, a potem sos musztardowy. I tu punkt pierwszy: woda, 50%. Kurczę, wiem, że woda to naturalne środowisko dla ryb. Wiem nawet, że piszący te słowa jest głównie wodą. No ale jakoś mi to nie brzmi, nie wygląda. Przynajmniej z marketingowego punktu widzenia ktoś powinien zadbać o lepszy opis produktu.
Otworzyłem puszkę. Widok nie był wesoły. Pośrodku zielonego… czegoś leżał samotny, niewielki kawałek śledzia. Z drugiej strony, jak może być wesoły widok martwego stworzenia zamkniętego w niewielkiej metalowej puszce?
Kiedy jednak nadziałem kawałek śledzie na widelec i włożyłem go do ust zrobiło mi się trochę lepiej na duszy. Nie było źle! Poza ładnym opakowaniem, drugi plus. Ale uściślijmy: nie było źle, nie oznacza, że było bardzo dobrze. Plus otrzymuje ode mnie sama ryba (do sosu przejdę za chwilę). Często zdarza się, że czekające w puszce na uwolnienie ryby są przedziwnie i niesmacznie suche. Sprawiają wrażenie, jakby ich życie opierało się na powiedzeniu o siedmiu latach chudych i siedmiu tłustych, z tym że załapały się tylko na pierwsze siedem. Ich mięso układa się w nieprzyjemne, stawiające opór pasemka. Śledź w Evra Fish taki nie był. Może nie spędził całego życia na pełnym wypasie, jednak wykarmiony był przyzwoicie. Sympatyczne, dość tłuste mięso, które delikatnie rozpływało się w ustach.
Gorzej było z sosem. Wspominałem już o składzie. Oprócz przywołanej już wody, pojawiły się też tam nazwy, które bardziej przywodzą mi na myśl lekcję chemii w podstawówce, niż smaczny posiłek. Na szczęście z chemii byłem słaby, więc nie chciało mi się nawet analizować, czym są poli– coś tam i inne krzemki czy tlenki (pewnie to nic groźnego, ale nie brzmi zachęcająco). Sos został, nomen omen, ochrzczony mianem musztardowego. I niby gdzieś tam musztarda się pojawiała, ale jakby jej nie było. Na pewno była zauważalna (dosłownie): i kolor, i pojawiające się gdzieniegdzie ziarenka przypominały o jego głównym składniku. Sam smak już nie bardzo. Wszystko to było za delikatnie. Głównym, wyczuwalnym elementem, jak często zdarza się w gotowych sosach, była sól. Nie tego się spodziewałem. Jednak naiwność została po prostu słono ukarana.
Filety Śledziowe w sosie musztardowym Evra Fish mają dwie dodatkowe, niewątpliwe zalety. Pierwsza z nich to cena. Puszkę kupiłem w Lidlu za 2,29 zł. Druga dotyczy atmosfery, jaka często towarzyszy spożywaniu puszkowych ryb. Zdarza się, że po otwarciu opakowania można wyczuć, nazwę to delikatnie, niezbyt przyjemny zapach. Tak, jakby jeszcze po śmierci mieszkanka puszki chciała zemścić się za jej tragiczny los. A tu było inaczej. Delikatny, rybny aromat bardziej zachęcał niż odstraszał. I między innymi dzięki temu mogła powstać ta krótka recenzja. Życzę smacznego.

Tagi:

Share This
Close