GryzzalkiJeden z najskuteczniejszych sposobów na wciśnięcie dzieciakowi jakiegoś produktu można opisać w skrócie tak: weź cokolwiek, włóż w kolorowe opakowanie, dodaj uśmiechniętego potwora i opowiadaj pierdoły. Tym tropem podążył dział marketingu firmy Tarczyński. I zapewne zrobił to skutecznie bo nawet ja, choć małym dzieckiem już nie jestem, sięgnąłem po wytwór wędliniarsko – reklamowej fantazji pt. „Gryzzale”.

Producent oferując dzieciom i ich rodzicom produkt obudowany postaciami, rysunkami, opowieściami nie sprzedaje np. w przypadku kabanosów kawałeczków mięsa w cienkim flaku. O nie! On sprzedaje obietnicę dobrej zabawy, on sprzedaje cudowne przygody, niesamowite historie z happy endem, przyjaźń postaci nadrukowanych na folii. A „aspekt spożywczy” jest tu jedynie drobnym dodatkiem. I Ty, konsumencki pelikanie, łykasz ten kit. Ja też! I gwarantuję: choćby nasza świadomość takich podstępnych działań była wielka jak Czumulungma, to, jeśli masz dziecko, prędzej czy później taki produkt kupisz. No, chyba, że jesteś żrącym jedynie naturalnie zmarłe biogruszki antysystemowym frutarianinem mieszkającym w domu z gliny, łajna i trawy, poruszającym się po mieście na rowerze z wierzbowych witek.

Żeby było jasne. Nie mam do producentów i sprzedawców artykułów „uzbrojone w taki fortel” żadnych pretensji. Ich zadaniem jest zastawiać sidła na pelikany. A zadaniem pelikanów, choć pewnie są pod ochroną, jest w takie sidła wpadać.

A teraz, w końcu, kilka słów o tym, co mnie spotkało, gdy w gryzzalową pułapkę dałem się złapać. Jedząc kabanoski (nie kabanosy, a kabanoski!) miałem wrażenie, jakbym jadł coś z… plasteliny. Przy każdym ugryzieniu poddawały się jak włoska armia po anonimowym telefonie od kogoś, kto przedstawił się jako „Najeźdźca”. Zero jakiegokolwiek oporu. Nawet śladu twardości charakterystycznej dla, suszonych z zasady, kabanosów. Choć producent o suszeniu na opakowaniu wspomina. Wspomina również o obniżonej zawartości soli i tłuszczu. Niestety, na informację o obniżonej ilości smaku miejsca zabrakło. A przydałaby się, bo na jakieś szalone doznania liczyć nie można. Zakwalifikowałbym je do (tu cytat z filmu „Kochaj albo rzuć”) „nisokiej middle class”.

Rzuca się w oczy informacja, że Gryzzale są wytwarzane bez dodatku sztucznych barwników i glutaminianów. Jednak „bilans musi wyjść na zero”. Dlatego zamiast nich mamy w składzie azotyn, aliginian, mleczan i gumę. Wiem, że nie trują, ale brzmi mało smacznie. Podobnie, jak „drobiowa tkanka łączna”, czyli mówiąc wprost ścięgna i chrząstki.

Zabawa z Gryzzalami do najbardziej radosnych i szalonych nie należała. W tej sytuacji nie pozostaje nic innego, jak zakończyć ten wpis starą mongolską mądrością: „Gdy kabanos smutkiem wieje, źle się w Twoim życiu dzieje”.

A, jeszcze tylko informacja o cenie. Gryzzale kupiłem w lokalnym sklepie za 4,99 zł.

Tagi: 

Share This
Close