Yerba Mate Lord NelsonGdyby Naczelny Yerbamaciarz Rzeczpospolitej (w skrócie „NYR”), pan Wojciech Cejrowski, zobaczył ten produkt i dowiedziałby się, że dzięki niemu przeżyłem yerbamatowe rozdziewiczenie, dostałby z pewnością zawału. Bo zaczynać przygodę z yerba mate od jej wersji w torebkach – piramidkach, to chyba tak, jak pierwsze szlify w wyścigach Nascar zdobywać w seryjnej Dacii Logan. W dodatku z instalacją gazową założoną w zaprzyjaźnionym warsztacie pana Zdzisia. A gdyby znany podróżnik dowiedział się jeszcze, że kupiłem ten produkt w niemieckiej sieci dyskontów, to po pierwszym zawale natychmiast by ozdrowiał i po chwili dostał drugiego, tym razem rozległego, połączonego ze złamaniem obojczyka i ostrym atakiem refluksu.

Jak każdy normalny człowiek szukam w życiu sposobów na to, by wszystko było prostsze, milsze i „szybciej szło”. Przekonałem się, że funkcjonowanie, pracę udaje mi się usprawnić i niekiedy przyspieszyć dzięki kawie. Gdy ostatnio, podczas zakupów, zauważyłem stojące na sklepowej półce zauważyłem stosik opakowań z fikuśnym napisem Yerba Mate, przypomniałem sobie, że specyfik ten ma podobne do kawy, pobudzające działanie. Tak zwanymi oczami wyobraźni, no może jednym okiem, już widziałem siebie działającego na przyspieszonych obrotach. W mojej głowie pojawił się obraz człowieka, który z uśmiechem na ustach jedną ręką stuka z powodów zawodowych w klawiaturę komputera, a drugą wywija odkurzaczem, wprawiając tym żonę w znakomity nastrój.

I taki obraz tkwił we mnie i utrzymywał się aż do czasu, gdy po wypiciu pierwszego naparu z zakupionej mate łagodnie zniknął. Zniknął ów obraz z bardzo prozaicznego powodu. Mianowicie kilkanaście, może kilkadziesiąt minut po wychłeptaniu kubka gorącej, pobudzającej yerby… zasnąłem. Jak nie przejmujący się codziennością, podatkami i cenami biletów kolejowych, kołysany lekko niemowlak zamknąłem oczy i odpłynąłem w wygodną nieświadomość. Specyfik firmowany przez Lorda Nelsona nie tylko mnie uśpił. W dodatku zachował się niczym nawalony szwajcarski zegarmistrz – namieszał zdrowo w moim biologicznym zegarze. Zasnąłem mniej więcej dwie, dwie i pół godziny wcześniej, niż zazwyczaj. Pomyślisz: przypadek. Może. Tylko dlaczego dzień później sytuacja się powtórzyła? Znów kubek yerby podziałał na mnie, jak spora dawka usypiających tabletek!

Cóż, dziś podejmę kolejną próbę. Do trzech razy sztuka. Zanim jednak zasnę, odnotuję skład mieszanki (uwaga, nastąpi strzał w pysk poezją marketingową) „wyjątkowo dobranych składników tworzących kompozycję o niepowtarzalnym charakterze”, która znajduje się w „trójwymiarowych torebkach wydobywających pełnię smaku ostrokrzewu paragwajskiego”. Mamy zatem 74,5% suszonych liści ostrokrzewu, 12% liści mięty, 7% suszonej trawy cytrynowej, 2,5% suszonej lukrecji, 2% suszonej skórki cytryny i aromat. Oznacza to, że kupując Yerba Mate Lord Nelson kupujemy niecałe 75% yerba mate. Zniosę to, choć czuję się trochę, tak mnie więcej w 25% zrobiony w konia. Choć faktem jest, że na opakowaniu widnieje informacja, iż jest to yerba z miętą i trawą cytrynową. Więc średnio inteligentny koń powinien się jednak domyślać, że nie jest to mate w czystej postaci.

Jeszcze nie ziewam, więc zdążę kilka słów poświęcić smakowi. Dosłownie kilka, bo należy wspomnieć głównie o smaku „okołocytrynowym”. Czuć i cytrynową trawę, i cytrynę. Mało w tym deklarowanej przez producenta mięty. Niestety, nie dowiedziałem, jak smakuje yerba mate. A trochę na to liczyłem. Cóż, po raz kolejny okazało się, że liczenie nie jest moją silną stroną.

Przyznaję, nie pamiętam ceny tej egzotycznej mieszanki. Dlatego w podsumowaniu będzie równie widoczna, co moje pobudzenie po wypiciu Yerba Mate Lord Nelson. Dobranoc.

Tagi: 

Share This
Close