Pastella WęgierskaJakiś czas temu urządziłem sobie za niecałe 3 złote kulinarną podróż do Meksyku. Udałem się tam za pomocą serka Łaciate. Dziś jeszcze lepsza okazja. Wypad na Węgry za 1,99. Taką atrakcją zafundował mi Lidl.

Lisner kojarzy się głównie z produktami o rybio – morskim pochodzeniu. Jednak od jakiegoś czasu oferuje również różne pasty oraz, idąc zapewne za modą, hummus. Kiedy zobaczyłem wynalazek pt. Pastella Węgierska nie mogłem się powstrzymać. Bardzo lubię takie, niekiedy ekstremalne, żarciotwory.

Co przeciętnemu Polakowi… Przepraszam! Nie ma przeciętnych Polaków. Wszyscyśmy nieprzeciętni! A zatem – co Polakowi kojarzy się z Węgrami? Salami, Balaton, dwa bratanki. No i język. Język węgierski, który, taka jest powszechna opinia, do najłatwiejszych nie należy. Połączenie szwistów (nie „świstów”!), okołoumlautów i jeszcze z tuzina trudnych do wymówienia dźwięków. Dlaczego, po co o tym piszę? Ponieważ dla przecię… dla Polaka język węgierski jest, mówiąc wprost, niezrozumiały. I w ten słowno-ekwilibrystyczny sposób przechodzę do Pastelli Węgierskiej.

Bo nie rozumiem. Dlaczego Węgierska? Bo co? Bo papryka? Idąc tym tropem, może to być równie dobrze Pastella Argentyńska, bo w składzie mamy oprócz papryki (która w Argentynie też funkcjonuje) wołowinę. A pokażcie mi kraj bardziej z wołowiną kojarzony, niż Argentyna. Zatem: czy Pastella Węgierska pomoże lepiej zrozumieć nie tyle samych Węgrów, co na przykład Ich kuchnię?

Nie! Chyba, że węgierskie smaki to głównie ocet i bezpłciowa, wspomniana papryka, która jest wyczuwalna w stopniu tak niewielkim, że prawie jej nie ma. Za to octu – ile sobie tylko zamarzysz. Kiedy popatrzysz na skład produktu, zauważysz całą długa listę elementów składających się na to lisnerowskie cudo. Mogłoby to sugerować, jeśli nie bogactwo, to przynajmniej odrobinę zróżnicowania smaków. Niestety, spis ten jest tak samo zwodniczy, jak szyldy na wielu węgierskich sklepach krzyczące „Ruha Cipo”. Wielu rodaków odwiedzających kraj naszych madziarskich przyjaciół, widząc te napisy bawi się świetnie i wyobraża sobie nie wiadomo co. A tu skucha. Bo wstąpiwszy do miejsca, w którym „Ruha Cipo”, można co najwyżej zaopatrzyć się w nowe gacie i sandały.

Kiedy zjadałem kanapkę z Pastellą wyczułem w ustach dziwne, maleńkie kulki. Domyślam się, że była to wymieniona na równi z papryką wołowina. Całe szczęście, że mam duże zasoby wyobraźni, bo bez niej odkrycie wołowiny byłoby chyba niemożliwe.

Z wycieczki do Budapesztu mam bardzo miłe wspomnienia. Może dlatego, wiedziony absurdalnym sentymentem, przestanę się już znęcać i krótko podsumuję. W filmie Barei węgierska sekretarka informuje dyrektora Krzakowskiego, że Warszawy nie ma. I to samo można powiedzieć o sensie i radości jedzenia Pastelli Węgierskiej Lisner.

Tagi:

Share This
Close