Sarepska KamisW każdej branży są takie marki, które już nawet samą swoją nazwą gwarantują odpowiednią jakość. Kiedy wsiadasz do praktycznie dowolnego Mercedesa wiesz, że możesz liczyć na komfortową i bezpieczną jazdę. Gdy na rękę zakładasz szwajcarską Doxę masz pewność, że wskazania czasu będą dokładne. Chociaż w sumie dlaczego zaraz Doxa? Timex też daje Ci pewność, że nie spóźnisz się na umówione spotkanie. A zamiast Mercedesa niech będzie Peugeot. Ważne jest to, że chyba w każdym segmencie cenowym funkcjonują marki, na które możesz liczyć, jak na upierdliwość urzędu skarbowego i ZUSu. Wiesz, że kiedy po nie sięgniesz, otrzymasz dokładnie to, czego oczekujesz.
Tak jest też kulinariami. W każdym hiper, super, minimarkecie znajdziesz mnóstwo „niezawodnych” marek. Jedną z nich jest dla mnie Kamis. A raczej był. Nie jest Kamis musztardowym Mercedesem, ale bez problemu fundował mi dotychczas bardzo sympatyczne smakowe przejażdżki. Chociaż, trzymając się motoryzacyjnych porównań, był raczej takim tuningowym dodatkiem do innych dań. Ale nie zawodził. Gdy miał być ostry, był. Gdy oczekiwałem połączenia czegoś pikantnego ze słodkim, dostawałem to. Moje ulubione kamisowe odmiany to chrzanowa, miodowa i rosyjska. W zależności od kuchennych potrzeb, sięgałem po nie bez zastanowienia. Bez zastanowienia sięgnąłem też po musztardę Kamis Sarepską. Innej, produkowanej przez tę firmę, nie było w zasięgu wzroku na sklepowej półce. I to był błąd. A do obrazowego opisania tego co się wydarzyło znów użyję samochodowych przenośni.
Wsiadłem do nowego auta. Ucieszyłem się mającą mnie za chwilę czekać przejażdżką. W końcu to znana, sprawdzona marka. Co prawda tym modelem jeszcze nie jeździłem, ale przecież wszystkie inne, które testowałem były naprawdę niezłe. Wsadziłem kluczyk do stacyjki. Przekręciłem. Zamiast spokojnego, miarowego warkotu silnika pojawił się dźwięk przypominający kaszel przeziębionego wawelskiego smoka, który właśnie po stu dwudziestu latach intensywnego uprawiania nałogu rzucił palenie. Nie wiedziałem o co chodzi, ale dając wozowi jeszcze jedną szansę wcisnąłem mocno gaz. Spod maski wydobył się żałosny, spazmatyczny ryk, w którego dramatycznych dźwiękach usłyszałem: „razem daleko nie zajedziemy”. Wysiadłem, zajrzałem do silnika. W momencie wszystko stało się boleśnie jasne. Elegancka, wypieszczona karoseria z niewiadomych przyczyn kryła w sobie ledwo działający, skorodowany motor, który niczym nie przypominał używanych zazwyczaj w innych modelach tej marki.
A teraz krótko, po ludzku. To, co zafundował mi Kamis swoją sarepską nie ma niestety nic wspólnego z ich musztardami, które znałem do tej pory. Użyta jako dodatek do wędlin zaatakowała mnie szalenie kwaśnym, nieprzyjemnym smakiem. Przez chwilę miałem nadzieję, że jest to zamierzony efekt i zaraz pojawi się jakaś odtrutka, która obroni mnie przed tą octową furią i zrównoważy dotychczasowe odczucia. Owszem, było tam coś jeszcze. Sól. Dzielnie wspierała ona wszechobecną „kwaśność” i dokładała swoje trzy grosze do nieoczekiwanie niemiłych doznań.
Kamis był drogi memu sercu tak bardzo, że wierzyłem w przypadkowe zrządzenie losu. Ot, po prostu miałem pecha i trafiłem na jakiś wypadek. Dlatego następnego dnia kupiłem w zupełnie innym sklepie kolejny słoiczek sarepskiej. Niestety, znów skończyło się bolesnym zderzeniem z pozbawioną dobrego smaku rzeczywistością.
Drogi Kamisie. Proszę, nie rób tego. Jak mówił klasyk: nie idź tą drogą! Wiem przecież, że potrafisz stworzyć coś naprawdę dobrego. I mocno w to wierzę. A tymczasem, przynajmniej na jakiś czas, przesiadam się na chrzan.

Musztardę kupiłem za 1,99zł (w obu dramatycznych przypadkach).

Share This
Close