W moim ukochanym „Misiu” pojawia się legendarny fragment: „Parówkowym skrytożercom mówimy nie!”. Ja parówkowym skrytożercom mówię zdecydowane „tak”. Sam za parówkowego skrytożercę się uważam. Ba, powiem więcej, nie jestem skrytożercą. Lubię parówki i nieraz, nawet w Smakademii, dawałem temu wyraz. Sięgam po nie dość często, nie zwracając uwagi na złą opinię, jaką mają wśród smakoszy. Chociaż podejrzewam, że jest wielu wybitnych szefów kuchni, kulinarnych krytyków, znanych blogerów, opisujących na swoich stronach wysublimowane, eleganckie potrawy, którzy, gdy nikt nie widzi, otwierają lodówkę i wyjmują z niej po kryjomu parówę. Dają upust swojej niepoprawnej kulinarnie miłości, swoim niegrzecznym fantazjom i skrzętnie ukrywanym pożądaniom. I ja ostatnio znów poczułem parówkowy pociąg. A że zauważyłem produkt firmy, której w miarę ufam jeśli chodzi o tę kategorię, to bez dłuższego zastanowienia i zbędnych analiz zdjąłem opakowanie z półki i wrzuciłem do sklepowego koszyka.

Dodam, że zazwyczaj staram się unikać wszelkich wynalazków typu kurczak a’la kaczka czy właśnie „parówki z…”. A kilka takich produktów widziałem. Jednak tym razem umiłowanie parówek, sprawnie podsycane sporą dawką ciekawości, zwyciężyło. Mówią, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Poniekąd jest to racja. Bo może jedzenie tych parówek nie było piekielnym doznaniem, jednak z pewnością oparłem się o ścianę oddzielającą piekielną otchłań od czyśćca. I to na tyle blisko, że czułem przez nią ciepło gotującej się smoły.

Parówki z papryką Tarczyński są po prostu niesmaczne (podkreślę: to tylko i wyłącznie moje zdanie!). Nie broni ich fakt, że ponad 90 procent ich składu to szynka. Bo oprócz niej jest też coś takiego, co sprawia, że w ustach po każdym kęsie pozostaje nieprzyjemny posmak. Fakt: po pierwszym, drugim ugryzieniu, pojawia się nuta papryki. Ale potem jest tylko gorzej. Zamiast delikatnego smaku (jaki znam ze zwykłych szynkowych parówek Tarczyński) pojawia się dość intensywne „coś”. To „coś” jest kwaśnawe i panoszy się w ustach jeszcze długo po skończeniu posiłku. Może to sprawka innych składników, wśród których główną rolę grają pochodne sodu? Jest ich tu tyle wiele, że zaczynam podejrzewać kogoś, kto odpowiadał za opracowanie receptury, że ma bliskich znajomych lub nawet rodzinę w zakładach chemicznych. Mamy bowiem glutaminian monosodowy, askorbinian sodu, cytryniany sodu, octany sodu oraz azotyn sodu.

Także z konsystencją jest coś nie tak. Przywoływane już przeze mnie „zwykłe” parówki od Tarczyńskiego są przyjemnie miękkie i delikatne. Natomiast wersja z papryką wydaje się być galaretowata w dodatku stawia większy opór. Jakby walczyła o przetrwanie z osobą, która ją chce zjeść.

Muszę być sprawiedliwy. Generalnie lubię i często kupuję zwykłe parówki z szynki Tarczyński. Odpowiada mi ich smak i wszystko inne. To dobry produkt. Chociaż w składzie też zawiera podane powyżej, chemiczne dodatki. Ale być może większa ilość mięsa sprawia, że są o niebo lepsze. A parówki z papryką? Cóż, jedyne, co cisnęło mi się na usta po ich zjedzeniu, to: Wysoki sodzie. Litości!

Kupiłem w Tesco za 3,99. Jak na parówki w kategorii „z szynki” – może być.

Tagi:

Share This
Close