Jedzenie potrafi zdziałać cuda. Dobry posiłek może wywołać uśmiech, wzruszenie, przywołać ukryte głęboko w zakamarkach umysłu, miłe wspomnienia. Smak, konsystencja paskudztwa podanego na talerzu (np. budyniu rodem ze szkolnej stołówki) potrafi wyryć się w pamięci na wiele długich lat i powracać w formie podświadomych, wysoce niekomfortowych skurczów żołądka i okolic.

Bohaterom amerykańskich filmów fantastycznych do podróży w czasie służą różnego rodzaju wehikuły. Chyba najsłynniejszym jest Delorian z „Powrotu do przyszłości”. Mi do cofnięcia się o kilkadziesiąt lat wystarczyła makrela i kilka dodatków, które po krótkim przygotowaniu zmieniły się w paprykarz.

Słynny paprykarz szczeciński to absolutna kulinarna klasyka wyjazdów pod namiot, działkowych imprez, a także domowych kanapek podawanych w czasach, gdy sklepowe półki były równie puste, co przedwyborcze obietnice polityków.

Dawny, puszkowy paprykarz nie był daniem szczególnie wykwintnym, ani smacznym. Jednak jego domowa wersja, w przygotowanie której wystarczy włożyć kilkadziesiąt minut pracy, jest naprawdę warta uwagi.

Co będzie potrzebne?

wędzona ryba (ja użyłem makreli) / cebula / marchewka / koncentrat pomidorowy / mielona papryka słodka / mielona papryka ostra / mielona papryka wędzona / ryż / bulion warzywny / masło / sól

Cebulę kroję w drobną kostkę szklę na maślę (nie powinna być zbyt mocno przysmażona)

Dodaję marchewkę startą na tarce o małych oczkach. Podsmażam chwilkę.

Dodaję kawałeczki ryby, oczywiście bez ości, jeszcze krótką smażę chwilę.

Dodaję przecier pomidorowy, zalewam warzywnym bulionem. Duszę. Bulionu nie powinno być zbyt dużo. Chodzi o to, by marchew udusiła się do miękkości, jednak konsystencja całości musi być dość „zwarta” (inne słowo nie przychodzi mi do głowy).

Dodaję ugotowany ryż.

Doprawiam bardzo dużą ilością słodkiej papryki, do tego trochę papryki ostrej (nie dodaję pieprzu, to ona ma nadać ostrość) i papryki wędzonej. No i jeszcze sól.

Prosto, w miarę szybko, niedrogo. A jednak efekt naprawdę niezwykły. Kilka kęsów chleba z paprykarzem i przed oczami mam sunące po drogach maluchy i duże fiaty, pustawe sklepowe wystawy i koguta z czołówki „Teleranka” pędzącego przez kolorowy ekran naszego radzieckiego telewizora. Czy tęsknię za tamtymi czasami? Absolutnie nie! Jednak są nieodłączną częścią moich wspomnień i w jakiś sposób wpłynęły na moje obecne życie. Może właśnie dlatego zasługują, by niekiedy do nich wrócić. Może nie przy pomocy ultranowoczesnego wehikułu, ale przynajmniej makreli.

Close